środa, 1 lipca 2026

Cicha inwazja. Rozdział 1 - Tajemniczy goście (polska wersja) c.d.



  ROZDZIAŁ 1

  TAJEMNICZY GOŚCIE




    c. d.


    Aż do Gdańska miała przedział sypialny tylko dla siebie. Tam dopiero dosiadła się do niej kobieta, Niemka. Wysoka, elegancka, ubrana w dobrze skrojony kostium i zgrabne czółenka, już na samym wstępie znajomości onieśmieliła słowiańską towarzyszkę podróży swoim opanowaniem i niewzruszonym spokojem, mogącym iść w zawody z alpejskimi szczytami.
    Guten Abend – rzuciła rzeczowym tonem, po czym krótko i mocno uścisnęła dłoń dziewczyny.
    Noc rozciągnęła nad światem opiekuńcze skrzydła, a wraz z nocą spłynęła na ziemię cisza, przerywana jedynie graniem świerszczy i odległym naszczekiwaniem psów. Przez uchylone okno wciskało się do wnętrza przedziału łagodne czerwcowe powietrze. Obie kobiety przebrały się obie do snu, starając się nie patrzeć na siebie nawzajem.
    A jednak Arina nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała świetnej okazji, by szlifować swój zaniedbany ostatnimi czasy niemiecki. Pokonując początkowe zakłopotanie, porozmawiała sobie trochę z Niemką tej nocy. Tamta nazywała się Gertruda Blumenkohl i pracowała w Hamburgu jako sędzina. Jak słusznie założyła Arina już przy wstępnym oszacowaniu, była starsza od Polki o jakieś dziesięć lat. Ogólnie rzecz biorąc, była kobietą majętną o już ugruntowanej pozycji zawodowej, obracającą się w kręgu wpływowych ludzi.
 
Tej nocy Gertruda wybierała się do Göteborga, by spotkać się z niewidzianą od kilku lat kuzynką. Niemka zdumiała się nieco, dowiedziawszy się, że ta młodziutka i drobna dziewczyna podróżuje samotnie, nocą, od stacji Warszawa Centralna aż do norweskiego Trondheim, zaś celem tej podróży jest pewien młodzieniec. Na pytanie, jak na tę historię zapatrują się jej rodzice, Arina tylko wzruszyła ramionami.

    Arina na ogół sypiała w pociągach twardo jak we własnym łóżku, ale to było dawniej, zanim przytrafiła jej się ta dziwna i przejmująca przygoda z „Cichą inwazją”. Teraz nigdzie nie sypiała dobrze. Na przemian zapadała w lekki, niespokojny sen i budziła się z powrotem, ogarnięta trwogą, której źródła nie potrafiła wyjaśnić. Odgłos sunącego miarowo pociągu nie dawał już radości, a w jego pieśni nie słyszała już nut sławiących wielkie otwarte przestrzenie, owo rozciągające się z każdej strony Nieznane, oraz zew cudownej przygody. Nie pozostało nic prócz niepokoju i smutku ściskającego serce.

    Ziemia pod moimi stopami zaczyna drżeć, najpierw łagodnie, potem mocniej. Purpurowa świetlista wstęga tnie bezlitośnie idealną czerń nieba. Krzyk rozpaczy wyrywa się z gardła. Osuwam się na kolana. Błyskawice jedna po drugiej wykwitają niczym krwawe róże w mrokach nocy, tej strasznej nocy zagłady.
    Ziemia pęka, potworne usta otwierają się tuż obok moich kolan. Przetaczam się dalej. Nie ma ucieczki od męki świata, od tej niepojętej agonii. Wstrząsy nie ustają. Nie widzę innych ludzi, niczego już nie widzę. Świszczą złowrogo kolejne pociski, napierają na Barierę. W ogłuszającym jazgocie wściekłej kanonady, pośród jęków kruszonych skał, mój krzyk staje się coraz cieńszy. A potem nie ma już mojego krzyku, nie ma mnie.
    Dziś nasi wrogowie zwyciężą. Tarcza już nas nie chroni. Rysa, z początku niewielka, rozrasta się prędko. Pancerz naszego świata ugina się pod gradem bomb, którymi tamci zasypują nas od dziesięcioleci. Gdzieś w górze rozlega się potężniejsze od innych trzeszczenie. Śmiercionośne odłamki tną skały jak masło. To już koniec. Oni się przedarli. Po tylu bezowocnych próbach wreszcie im się to udało.

    I wreszcie Bariera rozpryskuje się nad moją głową niczym szklany sufit…

    – Nieeee!!!!
    Siadła gwałtownie na posłaniu, oddychając ciężko. Z drugiego łóżka dobiegł ją odgłos uderzenia, a następnie słowa:
    Scheisse! Was ist los, meine junge Dame?
    Arina odsunęła zasłonkę, wstała, poszukała po omacku kapci i w końcu otworzyła okno. W świetle księżyca ujrzała rozciągającą się wokół ciemną oleistość fal. W złowrogiej ciszy dobiegało ją ich wieczne szemranie, przelewanie się, przepoczwarzanie jednej fali w drugą, a potem jeszcze kolejną, i tak trwała niestrudzona wędrówka wód ku oceanowi, wielkiemu, niezmiennemu i obojętnemu na ludzkie losy. Pociąg mknął jak torpeda po moście łączącym Kopenhagę z Malmö, niemalże bezszelestnie. A więc docierała już na Półwysep Skandynawski.
    Purpurowa błyskawica przecięła idealną czerń nieba, a potem jeszcze jedna, dla odmiany zielona. Wybuch był bezgłośny, mimo to Arina drżała na całym ciele.
    Niemka wyczołgała się z pościeli i siadła na łóżku w swojej atłasowej koszuli nocnej.
    – No, co się stało? – powtórzyła po niemiecku. – Czemu krzyczałaś?
    – Przedarli się – szepnęła Arina. – Przedarli. Zniszczyli Barierę…
    – Kto się przedarł?
    – Nie wiem! Skąd mam wiedzieć, kto? Amerykanie! Albo Liga Arabska! Oni zawsze nas nienawidzili! Sprzymierzyli się z Amerykanami, by nas zniszczyć! Nie liczę oczywiście Rosjan i Chińczyków. Diabeł chyba odgadnie, co ich ugryzło!
    – Co ty pleciesz, dziewczyno? Co ty wygadujesz…?
    – Właśnie się przedarli – szepnęła znów Arina. – To koniec wszystkiego.
    Rześkie powietrze nocy, nasycone zapachem morza, chłodziło rozpalone czoło, a niepowstrzymany pęd pociągu przywoływał do rzeczywistości. A jednak wstrętna wizja wciąż tkwiła w umęczonym umyśle i nie zamierzała odejść.
    – Ty chyba jesteś troszeczkę szalona, moja młoda damo. Zamknij to okno, bo wieje niemiłosiernie, a potem usiądź i opowiedz mi wszystko od samego początku. Tak, żebym mogła zrozumieć, dobrze?
    Arina zaczęła opowiadać. Łamanym niemieckim zdawała Gertrudzie szczegółową relację z nocnych koszmarów, ze swoich obaw i lęków. Mówiła o filmie, o „Cichej inwazji”, o tej niepojętej sile, która nakazywała jej raz po raz doprowadzać samą siebie na skraj przepaści.
    – Arina – odezwała się wreszcie Niemka po długiej chwili milczenia. – Arina.
    Dziwnie twardo zabrzmiało to imię w jej ustach. Imię, nie mające w sobie absolutnie nic słowiańskiego. Imię, które mogłaby nosić każda dziewczyna z każdego zakątka Europy.
    – Tarcza nie pęknie – mówiła cicho Gertruda. – Nie pęknie… Ochroni nas, tak jak to robi od stu siedemdziesięciu lat. Bo gdyby naprawdę się przedarli, to… Niech Bóg ma nas w swojej opiece.
    – Ale dlaczego oni nas tak nienawidzą? Dlaczego wciąż ponawiają ataki? Wiedzą, że nie mają szans, a mimo to…
    – Owszem, nie znoszą nas – przerwała szorstko Niemka. – To jest fakt. Reszta świata nie może znieść samego faktu istnienia Federacji Europejskiej. A dlaczego? Bo tylko nam, Europejczykom, udało się zejść z drogi, która wiedzie ku zagładzie. Z drogi agresywnego rozwoju technologii, bezsensownych zbrojeń, z drogi nienawiści i bezwzględnej, wyniszczającej rywalizacji, z drogi pomnażania zysku za wszelką cenę i dehumanizacji wszelkich aspektów życia. Tylko nam. Tamtym wszystkim, tym panom świata, tym militarnym potęgom, nigdy się to nie uda. Nie rozumieją nas i dlatego nas nienawidzą. Oni mają śmiercionośną broń, my nie mamy nic oprócz Bariery, dlatego Bariera nie może pęknąć. To jest całe wyjaśnienie tych ataków i nie potrzeba żadnego innego.
    – Ale dlaczego właśnie nam się udało?
    – Arina – w głosie Gertrudy Blumenkohl zadźwięczała nuta pobłażliwości. Niemka przemawiała teraz z pozycji swoich trzydziestu pięciu lat i błyskotliwej kariery prawniczej. – To jest proste. Zaczęło się w połowie dwudziestego wieku, po drugiej wojnie światowej. Aby zapobiec kolejnym konfliktom zbrojnym na naszym kontynencie, sześć państw, czyli Francja, Niemcy, Włochy i kraje Beneluksu, w latach pięćdziesiątych utworzyło najpierw Europejską Wspólnotę Węgla i Stali…
    – Znam dobrze historię. Ale przecież także i na innych kontynentach zawiązywano różne sojusze gospodarcze, polityczne i militarne. Czym ten nasz sojusz różni się od innych? Czym my, Europejczycy, różnimy się jako ludzie od całej reszty? Bo przecież niczym. A przynajmniej niczym się nie różniliśmy aż do czasu, gdy skryliśmy się pod Kopułą. A może wyjaśnienia należy szukać całkiem gdzie indziej, Frau Blumenkohl?
    – „Die stille Invasion”… – szepnęła Niemka, zapominając na chwilę o dziewczynie. Jej wzrok spoczął za oknem, objął ciemność nocy i umykające w niebyt oświetlone obiekty. Pociąg minął już most i znów podróżowały po lądzie.
    Ten tytuł nie był jej obcy. Musiał gdzieś wpaść Gertrudzie w ucho. Być może wpadał wiele razy, szeptany ukradkiem, ze zgrozą. Z taką samą zgrozą, jaka malowała się na twarzy Ariny, gdy własny krzyk wybił ją z sennego koszmaru.
    Gertruda potrząsnęła głową i podjęła mocniejszym tonem:
    – To bzdura. Amerykański chłam. Posłuchaj swojego chłopaka i skończ tym. On cię kocha i pragnie twojego dobra.
    – Ale pani niczego nie rozumie! Bo „Cicha inwazja” to jest coś całkiem innego…
    Umilkła, zdawszy sobie nagle sprawę, że słyszała już podobne słowa z cudzych ust. Z ust jasnowłosej Pernilli Johansson, w damskiej toalecie, gdzie ukryły się przed oczami i uszami rozbawionych biesiadników. Czyżby właśnie przenosiła wirusa, który miał się rozprzestrzenić na wszystkie kraje?
    – To jest coś całkiem zbędnego. Spójrz na siebie. Nie sypiasz, a jeśli już zaśniesz, budzisz się zlana potem.
    – Tam jest wyjaśnienie…
    – Tam nic nie ma. Spróbuj teraz zasnąć. Ale jeszcze jedno, Arina – jej głos nagle złagodniał. Pogrzebała w swojej torbie i wyjęła duże czerwone jabłko. – Masz, Poleczko. Zjedz.
    Danke.
    Wzięła jabłko z rąk Gertrudy i zatopiła w nim białe ząbki. Tak, tam nic nie ma, pomyślała nagle z ulgą. Nie ma zupełnie nic. Gertruda nie znajduje w „Cichej inwazji” niczego szczególnego i nadal jest szczęśliwa.
    Gdy się obudziła, Niemki nie było już w przedziale. Zostawiła tylko gazetę. Najnowszy numer „Die Zeit” leżał rozłożony na stoliku pod oknem. Na dziewiątej stronie Gertruda otoczyła flamastrem krótki artykuł, zatytułowany „Kosmita z Portugalii”. Arina, zaintrygowana w najwyższym stopniu, wzięła do ręki gazetę i przeczytała artykuł. Krótka i zwięzła relacja dotyczyła samobójczej śmierci pewnego szesnastoletniego portugalskiego chłopca imieniem Manuel.
    Manuel, zanim połknął całą fiolkę pastylek nasennych, napisał krótki pożegnalny liścik:
    Zabijam w sobie Obcego. Błagam wszystkich, zróbcie to samo. Nie pozwólmy bestii żyć w naszych ciałach.
    Jego zapłakani rodzice zeznali, że w ostatnich miesiącach przed śmiercią Manuel codziennie oglądał na wideo pewien film. Jakąś amerykańską bajkę o najeźdźcach z kosmosu…
    Pomimo łagodności letniego poranka, słonecznego i ciepłego nawet w Skandynawii, ciałem Ariny wstrząsnął zimny dreszcz, biorący swój początek gdzieś w okolicach serca.
    Na marginesie Gertruda dopisała „Vergiss nicht!” Pewnie, że nie zapomni. Gdyby tylko mogła zapomnieć…

    * * *

    – Wiesz, pewnego dnia woda znów popłynie akweduktami do wszystkich domów.
    – Eee, co ty opowiadasz…
    – Tak! Wyobrażasz to sobie? Majestatyczne łuki rzymskich akweduktów tu u nas, w Górach Skandynawskich, dostarczające krystalicznie czystą źródlaną wodę do…
    – …każdego biurowca?
    – Co ty tam wiesz…
    – I co jeszcze, Olaf? Gdzie jeszcze zbudowałbyś te swoje akwedukty?
    – Będą wszędzie! Od Laponii po Gibraltar. Zobaczysz…
    – Tak, zobaczę…
    Jaskrawe słońce rozkładało się radosnymi plamami na meblach, podłodze i ścianach w pokoju Olafa, zamalowanych od góry do dołu starannymi szkicami akweduktów, amfiteatrów, rzeźb, pałaców i świątyń. Olaf był dobrym rysownikiem, nie na darmo wszak studiował architekturę. Miał pewną rękę do ołówka i bujną wyobraźnię, co udowadniał przy każdej okazji. Bez trudu przelewał płody swojej fantazji na papier, a także… No właśnie, ściany.
    – Ale to nie wszystko…
    – Co jeszcze, bohaterze? – Arina droczyła się z nim leniwie, podparłwszy głowę na ugiętej w łokciu ręce. Nie chciało jej się jeszcze ubierać, wolała tak poleżeć nago na szerokim łóżku chłopaka, ciesząc się wspomnieniem niedawnej rozkoszy oraz błogim nieróbstwem. Olaf również nie zadał sobie trudu, by się ubrać. Eksponując bez najmniejszego skrępowania wciąż wyprężoną męskość, poprawiał pracowicie kilka szczegółów w szkicu Partenonu.
    – Trzeba odnowić wszystkie skarby starożytności. Odbudować Partenon, Forum Romanum, Koloseum, świątynię Diany w Efezie, no i oczywiście wznieść na nowo kolosa z Rodos. Wyobrażasz sobie, jakie to byłoby przeżycie, przepłynąć pomiędzy jego nogami?
    – Ale po co? Po co to wszystko? Dzisiejsza Europa nie potrzebuje wzniesionych na nowo cudów świata sprzed kilku tysięcy lat. Doskonale dajemy sobie radę bez rzymskich akweduktów. Potrzebujemy za to bardziej wydajnych i niezawodnych źródeł energii odnawialnej, więcej zielonych technologii i więcej nowych miejsc pracy. Ale jakiś przestarzały system transportu wody…
    – Och, Arino. Oboje wiemy, że potrzebujemy tej całej nowoczesności, by przetrwać, ale to wcale nie kłóci się z pielęgnowaniem skarbów przeszłości. Ich miejsce nie jest wyłącznie w muzeach. Trzeba odbudować starożytność i włączyć ją w codzienne życie. Zamieszkajmy w domu, którego nie powstydziłby się Juliusz Cezar. Wyjdźmy na miasto, ubrani w togi rzymskich obywateli. Kiedy zostanę europosłem…
    – Tak, to co wtedy zrobisz?
    – Będę forsował sprawę akweduktów!
    – Jasne. I chodził na obrady w rzymskiej todze.
    Nie oczekiwała ze strony Olafa czułych wyznań, teatralnych gestów i miłosnych zaklęć. Czego mogłaby się spodziewać, wiążąc się z praktycznym Norwegiem, dla którego wystarczającym dowodem miłości było samo bycie z kobietą? Z chłopakiem, który zdobywał się wprawdzie na czułość w chwilach łóżkowych zbliżeń, lecz zaraz po stosunku wpadał w wir własnych spraw? Nie, Arina wcale nie miała zamiaru zmieniać go w beznadziejnego romantyka. Pokochała właśnie takiego Olafa Sorensena, jakim w istocie swej był, zdobyła swoją „górę lodową” i nie pragnęła niczego więcej.
    A przecież była w nim pasja, w jego duszy także płonął ogień. Jak ona rozkochała się w kulturze, historii i przyrodzie skandynawskiej, tak on rozkochał się w starożytności, w skarbach Śródziemnomorza. Uzupełniali się wzajemnie, będąc nawzajem dla siebie cząstką tego, czego pragnęli najbardziej. Kochali się, dyskutowali godzinami na różne tematy, podróżowali, poznawali świat, kształcili się, przeżywali swoją młodość.
    Pasowali do siebie. Śnili wspólnie jedyny w swoimi rodzaju, piękny i wzniosły sen o szczęściu i spełnieniu. Wydawało się, że ta sielanka nigdy się nie skończy, a przecież właśnie budzili się oboje. Najpierw zrobiła to ona, więc on nie mógł pozostać samotny w swoich snach. Ich szczęście prysło jak bańka mydlana, a powodem tej zgryzoty był pewien amerykański film.

    * * *

    Ich wspólne wycieczki finansował z reguły Olaf, a raczej jego rodzice, para zamożnych ludzi, prowadzących wspólnie firmę deweloperską. Sam chłopak nie skończył jeszcze studiów i nie pracował zarobkowo. Dumna Arina, marząca o niezależności finansowej, godziła się na to, by być utrzymywana przez tych dwoje praktycznie obcych dla niej Norwegów. Jej skromne dochody wystarczały jedynie na osobiste potrzeby oraz na przejazdy do Trondheim i z powrotem.
    Zasiedli do wspólnego obiadu z Einarem i Anną, rodzicami Olafa. Słoneczne zajączki przeskakiwały wesoło po ścianach przestronnej, gustownie urządzonej jadalni. Arina podała wraz z Anną do stołu. Przed głównym daniem podano rakfisk – fermentowaną rybę, której ostry, przenikliwy zapach wypełnił całe pomieszczenie. Potem wszyscy zasiedli do pieczonego łososia z ziemniakami i świeżymi warzywami. Na deser Anna podała krumkake – delikatne, karmelizowane wafle w kształcie stożków, które rozpuszczały się w ustach.
    Rodzice Olafa również pasowali do siebie nawzajem. Wydawało się, że na każdą sprawę mają wspólny pogląd, różniący się co najwyżej w drobnych szczegółach. Niemalże czytali sobie nawzajem w myślach. Gdy jedno poruszało w dyskusji jakąś kwestię, drugie kontynuowało myśl, i w ten sposób zmierzali do wspólnego wniosku.
    Gdy Arina nauczyła się norweskiego w takim stopniu, by swobodnie rozmawiać w tym języku, Anna zaczęła raczyć ją opowieściami o niemowlęcych i wczesnodziecięcych latach Olafa, przytaczając zabawne – w jej mniemaniu – anegdotki z dumą właściwą chyba każdej matce. Jej synek był zawsze najmądrzejszy, najładniejszy, najbardziej kochany i najbardziej wyjątkowy. Jakże by inaczej…
    Wyznała Arinie, że marzenia Olafa już w wieku przedszkolnym bardzo różniły się od marzeń innych dzieci. Podczas gdy inni chłopcy mówili „będę strażakiem”, „będę lotnikiem”, „będę marynarzem”, Olaf powtarzał uparcie „będę posłem do Parlamentu Europejskiego”, odkąd tylko był w stanie zrozumieć, czemu służy i jakie znaczenia ma parlament. I chociaż z małego dziecka wyrósł duży chłopiec, marzenie pozostało.
    Einar również polubił Arinę. Napomykał niekiedy w żartach, że gdyby nie była dziewczyną jego rodzonego „chłopca”, musiałaby zostać jego kochanką.
    Teraz nagle odchrząknął, sięgnął po sosjerkę i rozprowadził łyżką gęsty maślany sos po swoim kawałku ryby.
    – A dlaczegóż nie mielibyście się wreszcie pobrać?
    Na kilka chwil zapadła idealna cisza. Olaf zaczerwienił się aż po końce uszu i mruknął:
    – Tato…
    Arina omal nie upuściła widelca na dywan. Czuła, jak jej serce przyspiesza i pędzi w tempie mogącym iść o lepsze z pociągiem wysokiej prędkości, będącym już od ponad stu standardem w całej Federacji.
    – No, cóż złego powiedział twój ojciec? – wtrąciła Anna. – Jesteście ze sobą już piąty rok. Kochacie się. Powinniście się wreszcie pobrać.
    – Nie martwcie się pieniędzmi – dodał Einar. – Niczego wam nie zabraknie. Zresztą, Olaf wkrótce skończy studia, będzie pomagał nam w firmie i stanie finansowo na własnych nogach, a i dla ciebie, kotku, też coś ciekawego znajdziemy. Moglibyście zamieszkać w naszym letnim domku w górach, a jeżeli wolicie mieszkać w mieście, wynajmiemy dla was jakieś przytulne mieszkanko. No chyba, że koniecznie chciałabyś, Arino, mieszkać w Polsce.
    – Nie, nie chciałabym. Wolę zostać tutaj – odparła prędko dziewczyna, czując niespodziewaną ulgę. A więc nie będzie musiała wracać do wiecznego „czemu-nie-pracujesz-w-banku” i równie niezmiennego „spójrz-na-Martę”. Jej niedawne zapewnienia o gorącym polskim patriotyzmie rozwiały się w jednej chwili jak pył na wietrze.
    – Wolisz tu zostać? – podjęła z radością Anna. – Tak, Norwegia to bardzo ładny kraj i bardzo dobry do życia. Zobaczysz, niczego ci tutaj nie zabraknie. Ojciec ma rację. Czemu nie mielibyście zamieszkać w górach? Okolica jest tam przepiękna. Dzieciaki rosłyby zdrowo…
    – Jakie znów dzieciaki? – Olaf podniósł nagle głos. – O czym wy mówicie? Doceniam waszą troskę, ale gdy zechcę się ożenić, oświadczę się sam! Nie potrzebuję żadnych swatów, rozumiecie?
    – Synku, mówimy to tylko dla twojego dob... – próbowała łagodzić sytuację matka, lecz Olaf przerwał jej niemal brutalnie:
    – Dość już tego swatania.
    Do końca posiłku starannie unikał wzroku Ariny, a rumieniec nie schodził z jego twarzy.

    * * *

    Po obiedzie wybrali się oboje na długą przechadzkę po mieście i okolicach. Najpierw podjechali autobusem pod skocznię na zboczu wzgórza Granåsen, a następnie wrócili do nadmorskiej części miasta, by ostatecznie udać się na spacer malowniczym nabrzeżem wzdłuż rzeki Niveldy. W niektórych miejscach otwierał się tam widok na rozległy fiord, skrzący się brylantowo od niemal niegasnącego o tej porze roku słońca. Wzdłuż bulwaru przycupnęło sporo okazałych bądź niedużych, lecz zawsze klimatycznych restauracji. Latem goście mogli zjeść posiłek na świeżym powietrzu, w ogródku pod parasolami chroniącymi chyba w większym stopniu od silnego wiatru, ciągnącego od morza, niż od chłodnego, wiszącego już o tej porze dnia nisko nad horyzontem słońca.
    Zatrzymali się w ulubionej knajpce o wdzięcznej nazwie „Stjernemeren” (Gwiazda Morza). Arina podziwiała głęboki błękit wód i rozpalone ogniem zachodnie niebo, a Olaf zajął się zamówieniem. Po obfitym obiedzie nie czuli głodu, chłopak wziął więc na początek jedynie piwo i chipsy. Przez cały czas nie padło między nimi ani jedno słowo na temat ślubu. Oboje woleli udawać, że tamta rozmowa przy stole w ogóle nie miała miejsca.
    Do ogródka zaczęli się schodzić kolejni goście. Najpierw zjawiło się kilku miejscowych rybaków w roboczych ubraniach. Jednemu z nich towarzyszyła kobieta, jasnowłosa, tęgawa i rubaszna handlarka ryb. Całe to beztroskie towarzystwo zajęło aż dwa stoliki, wpierw je zsuwając. Mężczyźni zamierzali pić wódkę, zaś przed kobietą stanął kufel piwa. Nie było końca głośnym rozmowom, przechwałkom, przekomarzaniu się, śmiechom i sprośnym żartom. Arina łowiła oderwane słowa, a nawet całe zdania, lecz mimo biegłej znajomości norweskiego, zrozumienie tych ludzi sprawiało jej trudność. Nie posługiwali się oni standardową odmianą języka bokmål, którego wyuczyła się na kursach, ale miejscowym dialektem o nazwie trøndersk, którego wciąż jeszcze nie przyswoiła.
    Wybierając najodleglejszy stolik, by odizolować się od hałaśliwego towarzystwa, młoda ciemnowłosa kobieta siadła ostrożnie na ławie, dbając o to, by nie pobrudzić eleganckiej, z pewnością drogiej sukienki. Jej towarzysz oddalił się na chwilę, by złożyć zamówienie. Potem zaś usiadł przy dziewczynie, ujmując jej dłoń w swoją. Ci dwoje wydawali się być zajęci jedynie sobą nawzajem. Z wielką czułością wymieniali szepty, uśmiechy i dyskretne uściski dłoni, a nawet delikatne pocałunki. Wpatrzeni jedno w drugie, zapomnieli o reszcie świata.
    To nie było w stylu Ariny. Gdy wychodziła z Olafem, nawiązywała jednocześnie wiele nowych znajomości. Ośmielona obecnością przyjaciela, wdawała się w konwersacje z innymi ludźmi, wciągając w nie przy okazji chłopaka, z natury bardziej od niej powściągliwego. Gdy Olaf robił jej później wyrzuty, że go zaniedbuje, odpowiadała ze śmiechem, że przecież to jest właśnie ta cząstka, która od początku pociągała go w niej najmocniej, ta jej otwartość na ludzi i łatwość nawiązywania kontaktów, przeradzających się niekiedy w przyjaźnie. Czemu więc oskarża ją o coś, bez czego przestałaby być sobą?
    Tamci dwoje nie byli Nordykami, prawdopodobnie nie byli też Słowianami. Sądząc po ich powierzchowności, Arina określiła ich w myślach jako Włochów, choć równie dobrze mogli pochodzić z Hiszpanii, Portugalii, Grecji, może z Bałkanów. A może wystarczyłoby podejść i zwyczajnie zapytać w celu zaspokojenia ciekawości. Spróbowałaby oczywiście po angielsku. Język Szekspira już dawno stał się w Zjednoczonej Europie językiem uniwersalnym. Pewnie tak właśnie by zrobiła, gdyby nie fakt, że tamci dwoje, rozkochani w sobie do szaleństwa, z pewnością nie potrzebowali dodatkowego towarzystwa.
    – Mogę się przysiąść? – głęboki, basowy głos zahuczał tuż nad jej głową. Zaskoczona spojrzała na mężczyznę, którego obecności spodziewała się tutaj najmniej. Nowo przybyły miał bujną rudawą czuprynę, usianą piegami twarz i olbrzymie wąsiska. Nie nosił spodni, lecz zamiast nich miał na sobie najprawdziwszy kilt. Obrazu dopełniała jasna sztruksowa marynarka, trochę wytarta na łokciach, i kraciasta kamizelka. Szkot, niemalże żywcem wycięty z opowieści Waltera Scotta!
    Please, sit down, sir – odparła, udając, że nie dostrzega kwaśniej miny Olafa.
    Szkot rozsiadł się bezceremonialnie tuż obok dziewczyny. Huknął przy okazji kuflem piwa w stół, rozlewając nieco napoju, a następnie rozłożył „The Timesa”. Konwersacja z Brytyjczykiem zapowiadała się ciekawie, chociaż raczej jednostronnie. Od samego początku dał do zrozumienia, że nie zamierza dopuścić młodych do głosu. Pokazał grubym palcem zajmujący całą stronę artykuł, zatytułowany „Monarchia brytyjska – tradycja czy pomyłka?”, i z przejęciem rozwodził się na temat wad ostatniego brytyjskiego monarchy, Wilhelma V.
    – Edgar Hudges jest jednym z najznakomitszych współczesnych brytyjskich historyków i socjologów – grzmiał. – Całe życie zawodowe poświęcił badaniom pierwszej połowy XXI wieku, epoki niezwykle barwnej i jednocześnie znaczącej dla Zjednoczonego Królestwa. Znaczącej, ponieważ w latach czterdziestych nastąpił ostateczny upadek monarchii brytyjskiej, instytucji żałosnej, wielokrotnie skompromitowanej i przejadającej ogromne pieniądze z budżetu państwa. Nasz ostatni, pożal się nad nim Boże, władca, król Wilhelm, syn Karola i jego nieszczęśliwej małżonki Diany ze Spencerów – nie wiem, czy jest wam wiadome, że sam król Karol abdykował zaledwie po sześciu latach panowania ze względu na gwałtowne pogorszenie zdrowia…
    Arina nie słuchała dalej, bowiem w ogródku pojawili się nowi goście, mianowicie kapela ludowa. Muzykanci ubrani byli w śląskie stroje ludowe, a śliczne jasnowłose dziewczę wyśpiewywało wysokim i czystym głosikiem jedną przyśpiewkę po drugiej, przytupując wesoło stopami obutymi w wyszywane perełkami kozaczki. Od czasu do czasu wykonywała żwawy obrót wokół własnej osi, wziąwszy się rękoma pod boki. Jeden ze Ślązaków przygrywał na harmonii, a dwaj pozostali na skrzypkach. Nie zwracając najmniejszej uwagi na resztę biesiadników, bezceremonialnie zajęli jeden ze stolików. Mężczyzna z harmonią, a także dziewczyna wskoczyli na stół, nie pytając nikogo o pozwolenie.
    – Cóż to za hałasy! – krzyknął Szkot, przerywając na moment swoją tyradę. Ślązacy nie mieli jednakże najmniejszego zamiaru przejmować się jego osobą. Nawet rybacy spojrzeli ciekawie, zaintrygowani tą obcą muzyką, a handlarka zaśmiała się wesoło, jakby miała zamiar puścić się w tan. Jedynie Włosi (Hiszpanie?) pozostali całkowicie obojętni na powstałe właśnie zamieszanie. Chłopak obejmował ramieniem plecy dziewczyny i szeptał coś czule do jej ucha. Cóż mogło ich obchodzić poza wyznaniami namiętnej miłości?
    – Hej, rodacy, zapraszam tutaj! – krzyknęła Arina po polsku, bardzo ucieszona. Muzykanci natychmiast otoczyli stolik jej i Olafa, i zagrali doskonale znaną melodię. Arina, podochocona dwoma wychylonymi szybko jedno po drugim piwami, śpiewała na cały głos wraz z solistką:

    Szła dzieweczka do laseczka,
    Do zielonego, ha ha ha,
    Do zielonego!
    Napotkała myśliweczka,
    Bardzo szwarnego, ha ha ha,
    Bardzo szwarnego…


    Szkot zapalił cygaro, zaciągnął się z lubością dymem i podjął przerwaną opowieść, zwracając się już tylko do Olafa:
    – …tak więc Wilhelm był w zasadzie dobrym królem, dbającym zarówno o stan państwa, jak i o swoją rodzinę, do której był bardzo przywiązany. Jego ambicją było unowocześnienie monarchii i uczynienie jej bliższą zwykłemu obywatelowi, bez całej tej arystokratycznego zadęcia, właściwego poprzednim pokoleniom brytyjskich władców. Lecz powrót Wielkiej Brytanii do członkostwa w UE w latach trzydziestych XXI wieku dużo zmienił. Pojawiło się pytanie, czy monarchia brytyjska, lub mówiąc szerzej, wszelkie inne monarchie w Europie, mają jeszcze w tych czasach rację bytu. Dodatkowym cieniem na reputacji pierwszej w państwie rodziny położył się jego spór z bratem Harrym…

    Gdzie jest ta ulica,
    Gdzie jest ten dom,
    Gdzie jest ta dziewczyna,
    Co kocham ją?


    Daleko niosła się polska pieśń po wodach norweskiego fiordu, roziskrzonych od blasku nisko zawieszonego nad horyzontem słońca. Arina odwróciła stronę „The Timesa”, znudzona historyczną papką, lecz to, co przeczytała, natychmiast zepsuło jej dobry nastrój. Artykuł, który rzucił jej się w oczy, nosił tytuł „Kolejne ofiary amerykańskiej kinematografii”. Gazeta donosiła o trzech kolejnych samobójstwach. Estonka w średnim wieku, matka trojga dzieci. Emerytowany włoski oficer. Nazwiska tych dwojga były jej zupełnie obce, lecz trzecie nazwisko znała dobrze. Młoda Szwedka mieszkająca w Norwegii, Pernilla Johansson.
    Chciało jej się wyć z żalu i bezsilnej złości. Pernilla, ty kretynko, jak mogłaś to zrobić? Byłaś młoda, piękna, miałaś marzenia, plany, kochałaś może, miałaś całe życie przed sobą. Wmówili ci, że jesteś jakąś pieprzoną kosmitką, a ty im uwierzyłaś. Jak mogłaś uwierzyć? Targnęłaś się w zbrodniczym akcie na niepowtarzalne piękno, na samą siebie. Dlaczego, dumna Pernillo, dlaczego? To niesprawiedliwe, to takie okrutne…
    Cała trójka umotywowała swoje samobójstwo w sposób podobny do tego, w jaki zrobił to Manuel z Portugalii. Zabijam w sobie bestię.
    Błękit nieba przecięła purpurowa wstęga, potem kolejna. Rybacy huknęli gromkim śmiechem, a handlarka zawołała:
    – Ot, strzelają nieboraki, Panu Bogu w okno!
    Trzecie piwo ostatecznie zakręciło lekkiej Arinie w głowie. Zerwała się na równe nogi i zawołała głośno:
    – Wy głupcy, myślicie, że to śmieszne?
    Tym razem nawet Włosi (Hiszpanie?) przerwali swoje karesy i spojrzeli na nią z uwagą. Cała ta sceneria tchnęła podniesionym do nieskończonej potęgi surrealizmem i fałszem. Bo przecież nic tu nie było prawdziwe, nic z tego nie miało prawa się dziać.
    Ta wycięta z obrazka idealna Europa przyszłości, Europa zjednoczonych, żyjących w pokoju i przyjaźni narodów nie istniała. Europa, która uporała się w końcu z agresywnymi nacjonalizmami i napięciami w stosunkach pomiędzy narodami. Europa, która przezwyciężyła brak zaufania dużej części społeczeństw do swoich instytucji federalnych i pragnienie wycofywania się ze wspólnoty. Która chyba raz na zawsze zapobiegła wojnom na kontynencie, wojnom, które w tym nowym świecie musiałyby być określone mianem wojen domowych. Która skutecznie broniła się także przed wszelkimi zagrożeniami z zewnątrz. Która przekonała nawet państwa przez długi czas niechętne procesom zjednoczeniowym, takie jak Norwegia czy Szwajcaria, do przyłączenia się do wspólnotowych struktur. Która wprawdzie nie cofnęła całkowicie skutków zmian klimatycznych, coraz groźniejszych i zagrażających w pierwszej połowie XXI wieku nie tylko życiu obywateli, lecz także stabilności całego kontynentalnego systemu władzy, lecz poprzez wzniesienie Bariery, wdrożenie niezbędnych reform i wspólne skoordynowane działania wszystkich krajów znacznie ograniczyła ich dewastujący wpływ.
    Wszyscy trwali więc w jakimś obłąkanym śnie, który prędzej czy później dobiegnie końca. Namiętni Włosi, hałaśliwi norwescy rybacy, Szkot żywcem wycięty z „Rob Roya”, śląska kapela ludowa, Bóg jeden wie jakim cudem przygrywająca w dalekim Trondheim, wreszcie Olaf. Krótki i jakże wyrazisty przekrój społeczeństwa Federacji Europejskiej. Federacji, która nie miała prawa powstać. Która nie istniała… Przez chwilę Arina oglądała w swym umyśle inną rzeczywistość, tę najbardziej prawdopodobną wersję Europy, niekoniecznie zjednoczoną. Tę, która wyewoluowała z sytuacji politycznej z początku XXI wieku. Która należała wyłącznie do ludzi, nie do przybyszów z innej planety. Lecz na szczęście chwila ta nie trwała długo.
    – Myślicie, że to zabawne? Będziecie się śmiać baranim głosem, kiedy Kopuła zwali się wam na głowy! Kiedy tamci wytną nas co do nogi jak plugawe diabły, którymi jesteśmy! Nadchodzi zagłada i koniec wszystkiego, co znamy! O tak, śmiejcie się teraz! Przestaniecie się śmiać, kiedy poznacie, kim jesteście…
    – Panienko miła, to nie wypada… – odezwała się pulchna Norweżka po długiej, pełnej bezmiernego zaskoczenia i konsternacji ciszy, a było to w tym ludnym, wesołym ogródku zjawisko niebywałe.
    – Arino, uspokój się! – syknął Olaf.
    – Cóż pani nam tu opowiada? – zagrzmiał z wielkim oburzeniem i zgorszeniem Szkot. – Jaka znów zagłada? Cóż to za proroctwo?
    – To nie proroctwo, to nasza najbliższa przyszłość! Bo na to zasługujemy…
    Alkohol szumiał pod czaszką, buzował we krwi. Nic już nie krępowało krasomówstwa Ariny. Wykrzykiwała teraz to, co grało w jej udręczonej duszy przez wiele tygodni.
    – Wiecie, co to jest? – zatoczyła krąg ramieniem, wskazując na ludzi, miasto, wzgórza i fiord. – To jest iluzja! Żyjemy w świecie złudzeń! Wiecie, czym jest Bariera? Wiecie, gdzie ona jest? Ona siedzi tutaj, w naszych głowach…




    Przedstawienie nabierało rozmachu, a zapalczywość Ariny wzrastała. Nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby nie Olaf, który ujął ją mocno za ramię, odciągnął od stolika i powiódł ku wyjściu.
    – Dość! Idziemy do domu!
    Zdążyła rzucić jeszcze jedno krótkie spojrzenie na parę Włochów (Hiszpanów?). Młodzi ludzie, momentalnie zapomniawszy o rozgrywającej się przed ich oczami gwałtownej scenie, wrócili do swoich amorów. Szkot pogrążył się w lekturze, Norwegowie w ożywionych dysputach, a w powietrze uniosła się znów wyśpiewana czystym i rozradowanym głosem śląska pieśń:

    Znalazłem ulicę,
    Znalazłem dom,
    Znalazłem dziewczynę,
    Co kocham ją!


    Czegoś bardziej absurdalnego i groteskowego nie umiałaby chyba sobie wyobrazić.
    – Cholerni ślepcy! – krzyknęła jeszcze przez ramię. – Bariera runie wam na te puste łby! A niechże runie…
    Olaf prowadził ją do domu ulicami wyludnionymi o tej porze dnia. Czuła, że jest na nią zły, i wcale nie starał się ukryć tej złości.
    – Nie pozwolę ci już nigdy więcej tak dużo pić! Skompromitowałaś siebie i mnie. Co za wstyd…
    Ale ona nie chciała jeszcze trzeźwieć.
    – Czym jest Bariera? Czym ona jest? Gdzie ona jest? Bariera pęknie… Jest w głowach…
    – Przestań bełkotać! Zamknij się wreszcie!
    – Czeka nas…
    – Zamknij się i już!
    Był naprawdę wściekły. Arina nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej tak bardzo się na nią rozzłościł. Po cichu otworzył drzwi do domu, by nie zbudzić rodziców. Przeprowadził ją do swojego pokoju, przez cały czas trzymając ostrzegawczo palec na ustach, następnie rozłożył łóżko i pomógł jej się rozebrać. Arina padła na nie jak ścięta kłoda i natychmiast zachrapała głośno, wycieńczona do nieprzytomności oparami piwa i innych rzeczywistości. Olaf zasunął ciemne zasłony i położył się obok dziewczyny, lecz nie mógł zasnąć. Niespokojne myśli nie chciały odejść…

    * * *

    Nawet alkohol nie był w stanie zabić wstrętnej wizji. Nawet bliskość Olafa niczego nie zmieniała.

    Ziemia pod moimi stopami zaczyna drżeć, najpierw łagodnie, potem mocniej. Purpurowa świetlista wstęga tnie bezlitośnie idealną czerń nieba. Krzyk rozpaczy wyrywa się z gardła. Osuwam się na kolana. Błyskawice jedna po drugiej wykwitają niczym krwawe róże w mrokach nocy, tej strasznej nocy zagłady.
    Ziemia pęka, potworne usta otwierają się tuż obok moich kolan. Przetaczam się dalej. Nie ma ucieczki od męki świata, od tej niepojętej agonii. Wstrząsy nie ustają. Nie widzę innych ludzi, niczego już nie widzę. Świszczą złowrogo kolejne pociski, napierają na Barierę. W ogłuszającym jazgocie wściekłej kanonady, pośród jęków kruszonych skał, mój krzyk staje się coraz cieńszy. A potem nie ma już mojego krzyku, nie ma mnie.
    Dziś nasi wrogowie zwyciężą. Tarcza już nas nie chroni. Rysa, z początku niewielka, rozrasta się prędko. Pancerz naszego świata ugina się pod gradem bomb, którymi tamci zasypują nas od dziesięcioleci. Gdzieś w górze rozlega się potężniejsze od innych trzeszczenie. Śmiercionośne odłamki tną skały jak masło. To już koniec. Oni się przedarli. Po tylu bezowocnych próbach wreszcie im się to udało.
    I wreszcie Bariera rozpryskuje się nad moją głową niczym szklany sufit…


    Nie słyszała własnego krzyku. Olaf objął ją ramieniem i przycisnął mocno do poduszki. Przywarł do pleców Ariny, przyłożył policzek do policzka dziewczyny i wyszeptał jej wprost do ucha:
    – Arino, boję się. Nawet nie wiesz, jak bardzo się boję. Co się z tobą dzieje? Co będzie z nami? Nie chcę bez ciebie żyć, Arino, moja Arino. Kiedy to się wreszcie skończy? Jak mam cię z tego wyciągnąć? Jak przekonać, że nic ci nie grozi? Tak bardzo cię kocham. O Boże, Boże…
    Czuła jego łzy spływające po swojej twarzy. Ten zazwyczaj opanowany Norweg płakał, bezradny jak małe dziecko. Chciała mu powiedzieć, że też bardzo go kocha. Chciała przyciągnąć go do siebie, przytulić mocno, pocieszyć i obsypać pocałunkami. Chciała skryć się w jego ramionach i płakać, płakać bez końca, wypłakać ból swój i całego świata. Chciała wykrzyczeć, że dłużej nie wytrzyma tej duchowej męki.
    Nie powiedziała i nie zrobiła niczego. Czuła się winna wobec niego, jakby uknuła spisek, okradła go z marzeń. Stała się kimś, kogo Olaf nie umiał zaakceptować. Swoim cierpieniem wzniosła między nimi mur.
    Leżała więc bez ruchu w jego ramionach, płacząc bezgłośnie. To się skończy już jutro, pomyślała. Jutro uwolni go od bólu. Da mu szansę na związanie się z kimś, kto go nie zawiedzie, nie ulegnie podszeptom mroku. To już przesądzone.
    Piątą ofiarą „Cichej inwazji” będzie Polka.

    * * *

    Gdy się obudziła po kilku godzinach ciężkiego snu, Olafa już przy niej nie było. Pojechał na uczelnię, na zajęcia, zobaczą się więc dopiero po południu. Nie miała mu tego za złe. Nie powinna oczekiwać, że Norweg zaniedba wszystkie swoje obowiązki tylko dlatego, że ona nie ma żadnych.
    Zresztą, teraz było to bez znaczenia. Nadchodził koniec i ona wychodziła mu na spotkanie. Uwolni Olafa od siebie, a siebie od tego nieustępliwego, koszmarnego snu.
    Zamiast pałętać się po pustym domu, postanowiła zafundować sobie daleki spacer wzdłuż fiordu. Tam łatwiej jej będzie wyjść na spotkanie przeznaczeniu niż w przytulnym i bezpiecznym domu Sorensenów. Olaf dorobił dla niej klucze do głównych drzwi, więc opuszczenie posesji nie nastręczało jej problemów.
    Dzień był zimny i wietrzny, a cienka ortalionowa kurtka nie chroniła w wystarczający sposób przed chłodem. Arina nie zabrała ze sobą z Polski żadnej cieplejszej odzieży, kuliła się więc pod naporem nieustępliwego wiatru. Wmawiała sobie, że teraz nic już się nie liczy, że czuje się lekka i wyzwolona od wszelkich trosk, lecz w głębi ducha wiedziała dobrze, że wcale tak nie jest. Troska i smutek zaległy jak kamień na jej sercu, nie pozwalając na cieszenie się surowym przepychem północnych krajobrazów, pięknem nieziemskim i urzekającym w jaskrawym świetle chłodnego słońca.
    Nagie i ostre skały Trondheimsfjorden, o ciemnoszarej barwie, wznosiły się prawie pionowo po obu brzegach kanału, w niższych partiach przechodząc łagodnie w piętro wzgórz, zalesionych sosnami i świerkami. Smukłe sylwetki drzew przeglądały się w krystalicznie czystej wodzie jak w zwierciadle. Ponieważ pogoda była pochmurna przez większość czasu, a chmury tylko niekiedy odsłaniały oślepiająco mocne słońce, woda zmieniała kolory jak w kalejdoskopie.
    Dotarła do przesmyku między wyspami, gdzie fiord rozwidlał się w kilka ramion, a w oddali majaczyły zarysy otwartego morza. Woda była tu ciemniejsza, bardziej burzliwa, a powietrze pachniało solą i wolnością. Strome, zalesione zbocza Fosen po drugiej stronie fiordu kontrastowały z łagodnymi, zielonymi polami w okolicach miasta. Kolorowe domy Trondheim migotały w oddali, jakby zawieszone między lądem a morzem, a mewy krążyły nad falami. Ich krzyki mieszały się z szumem wiatru, który przynosił zapach glonów i ryby.
    Porywisty wicher burzył spokojną toń, a fale raz po raz uderzały z głośnym chlupotem o kamienisty brzeg. Stąpała z kamienia na kamień ostrożnie, by nie skręcić nogi w kostce. Nikt nie zakłócał jej samotności. Kto tylko mógł, schronił się przed chłodem w cieple czterech ścian, ci zaś, którzy ze względu na pracę musieli pozostać na zewnątrz, jak chociażby liczni w tej okolicy rybacy, byli zbyt zajęci swoimi sprawami, by zwracać uwagę na samotną dziewczynę w cienkiej kurteczce i letnich sandałach.

   Skacząc z jednego śliskiego i wygładzonego przez cierpliwe wody fiordu głazu na drugi, zbliżyła się do ostatecznej granicy, gdzie fiord otwierał się stopniowo na morzem, a ono jeszcze trochę dalej stawało się niepostrzeżenie Oceanem Atlantyckim, porzuconym i zapomnianym przez Europejczyków podczas tych prawie dwóch wieków izolacji. Jakie kraje znajdują się teraz po drugiej stronie Wielkiej Wody? Jak bardzo świat zdążył się już zmienić?
    A więc jej los dopełni się tutaj, na samej „górze”, na wierzchołku jedynej znanej jej rzeczywistości. Tego skrawka świata zwanego Europą, przykrytego niewidzialną Kopułą, przyczajonego w lęku przed tajemniczymi niebezpieczeństwami.
    Wystarczy postąpić tylko kilka kroków naprzód, a potem jeszcze odrobinę… Niech fiord obejmie w posiadanie tę, która ponad wszystko ukochała zimny półwysep. Przelewające się wciąż fale nakryją ją całą, a potem woda wyniesie jej nieszczęsne, obrzmiałe od swego nadmiaru ciało na bezkresny przestwór głębin. Ciekawe, jak głęboko w morze sięga Bariera? Co znajdzie jej duch po drugiej stronie? Jak wygląda ten mityczny, uporczywie milczący, nękany być może wojnami i konfliktami, głodujący, ale także wznoszący niewiarygodne fortuny, pełen skrajnych namiętności szeroki świat?
    Czego się boi? Wszystko będzie lepsze niż powracający nocny koszmar, niż szkarłatne wstęgi na aksamicie nieba, niż straszliwa niepewność i jeszcze straszliwsze przypuszczenia. Czy właśnie tak rozwiązała swój problem Pernilla Johansson? Obraz ładnej twarzy Szwedki zarysował się w jej umyśle tak żywo, jakby zaledwie dziś rano rozstała się z Pernillą.
    Nieutulony, ostry żal znów targnął sercem Ariny. Ta piękna, dumna dziewczyna o jasnej twarzy i bystrych, przenikliwych oczach, odległa i zimna jak górskie szczyty, urodzona w innej kulturze, a przecież poprzez pokrewieństwo dusz tak bliska Arinie. Rozrywana teraz na strzępy przez żarłoczne ryby na morskim dnie, a może odcięta ze sznurka przez osieroconych najbliższych… To nie w porządku, boleśnie krzyknęło jej serce. To wcale nie jest w porządku!
    Och, Pernillo, Pernillo, jak mogłaś? Dlaczego nie stawiłaś temu czoła? Czemu nie walczyłaś do końca o życie? Nie o jałową egzystencję, której kresu wypatruje się z nadzieją, lecz o pełne, radosne, twórcze życie? Przeżyte w atmosferze akceptacji dla siebie samej i dla wszystkiego, co cię otacza? O takie życie, jakiego ona, Arina, wciąż pragnie ponad wszystko? Ty głupia, głupia Szwedko…
    Nie, ja nie chcę umierać. Teraz będę musiała żyć za siebie i za ciebie też, głupia Szwedko, jasnowłosa Pernillo. Bo ty się poddałaś, wybrałaś ostateczną ucieczkę. Ja się nie poddam. Ty, mimo pewności pozornej siebie, okazałaś się słaba. Ale ja jestem silna. Muszę być silna, skoro ty tego nie potrafiłaś. Muszę być silna, bo mam dla kogo i po co żyć.
    Mam Olafa, mamy naszą miłość, swoje pasje, rzeczy, które nas radują, bawią, wzruszają, skłaniają do zadumy, które nadają sens naszemu życiu. Nie mogą być pozbawione znaczenia, skoro wzbudzają w nas tak silne emocje. Są tym, czym są, i my jesteśmy tylko tym, kim jesteśmy, i nigdy nie będziemy nikim innym, i tylko to się liczy.
    Podniosła kamyk i wzięła szeroki zamach. Z całą mocą nagle uwolnionej złości i niespodziewanie rozbudzonej woli życia cisnęła go do wody. Koncentryczna fala zakłóciła gładkość lustrzanej tafli.
    – Nie! – krzyknęła głośno. – Już dość! Już wystarczy! Nie chcę więcej!
    Ciskała jeden kamień za drugim, jakby chciała odrzucić od siebie wszystkie ponure chwile zwątpienia. Głośny śmiech – czy to ulgi, czy to szaleństwa – wydarł się z jej piersi. Krzyczała tak na cały głos, aż zwróciła uwagę dwojga innych spacerowiczów. Dopiero wtedy, pod naciskiem ich zaintrygowanych i pytających spojrzeń, umilkła, i tylko patrzyła rozjaśnionym wzrokiem na rozlewający się przed nią błękitny ogrom fiordu.
    Nie musiała już przekonywać samej siebie, że jest lekka i wolna, ponieważ dopiero teraz to uczucie ogarnęło ją w całej okazałości. Od dzisiejszego dnia wszystko będzie dobrze, postanowiła. Nie zmarnuje już życia, pracując na posadzie w banku.
    I nagle poczuła, że musi natychmiast zobaczyć się z Olafem.


    c. d. n.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz