sobota, 27 czerwca 2026

Cicha inwazja. Rozdział 1 - Tajemniczy goście (polska wersja)

 


                              Siedzę przy ogniu i dumam –
                            Czy też tu będzie inaczej,
                            Gdy zima przyjdzie bez wiosny –
                            I czy to kiedy zobaczę. (…)

                            Siedzę przy ogniu i dumam
                            O dawnych i przyszłych ludach –
                            I wiem – świat nowy zobaczą,
                            A mnie się to już nie uda.



                            J.R.R.Tolkien „Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia”
                            w przekładzie Włodzimierza Lewika






   ROZDZIAŁ 1

   TAJEMNICZY GOŚCIE



    Ziemia pod moimi stopami zaczyna drżeć, najpierw łagodnie, potem mocniej. Purpurowa świetlista wstęga tnie bezlitośnie idealną czerń nieba. Krzyk rozpaczy wyrywa się z gardła. Osuwam się na kolana. Błyskawice jedna po drugiej wykwitają niczym krwawe róże w mrokach nocy, tej strasznej nocy zagłady.
    Ziemia pęka, potworne usta otwierają się tuż obok moich kolan. Przetaczam się dalej. Nie ma ucieczki od męki świata, od tej niepojętej agonii. Wstrząsy nie ustają. Nie widzę innych ludzi, niczego już nie widzę. Świszczą złowrogo kolejne pociski, napierają na Barierę. W ogłuszającym jazgocie wściekłej kanonady, pośród jęków kruszonych skał, mój krzyk staje się coraz cieńszy. A potem nie ma już mojego krzyku, nie ma mnie.
    Dziś nasi wrogowie zwyciężą. Tarcza już nas nie chroni. Rysa, z początku niewielka, rozrasta się prędko. Pancerz naszego świata ugina się pod gradem bomb, którymi tamci zasypują nas od dziesięcioleci. Gdzieś w górze rozlega się potężniejsze od innych trzeszczenie. Śmiercionośne odłamki tną skały jak masło. To już koniec. Oni się przedarli. Po tylu bezowocnych próbach wreszcie im się to udało.

    I wreszcie Bariera rozpryskuje się nad moją głową niczym szklany sufit…

    – Nieeee!!!!
    Bezksiężycowa noc przytłaczała swym aksamitnym ciężarem, senny koszmar ściskał serce obręczą strachu. Arina siadła na łóżku, drżąc cała jak osika. Kolana podciągnęła pod brodę, ciasno oplotła ramionami chude łydki. Wierzchem dłoni otarła z policzków łzy bezsilności. Znów ten sen, zawsze taki sam, zawsze tak samo przerażający. Raz po raz śniła zagładę i budziła się z krzykiem, żywiąc nieśmiałą nadzieję, że śpiący na dole rodzice nie usłyszeli jej wrzasków.
    Postanowiła, że tej nocy już nie zaśnie. Koszmar wróciłby na pewno, nie miała co do tego wątpliwości. Otuliła się kołdrą dla ciepła i przywarowała w nieprzyjaznej ciemności, czujna jak pies.
    Czerwcowe noce są krótkie, nawet w Polsce. Dobry świt przepędził demona lęku, a brylantowe promienie słońca osuszyły łzy. Arina ubierała się powoli, delektując się świeżością porannych godzin. Sprawdziła pocztę. Tym razem pomiędzy stertą spamu znalazła jedną ważną wiadomość, mianowicie z Instytutu. Sekretariat donosił, że wizyta dostojnego gościa planowana jest dopiero na piątek. Nie było więc konieczności, by zjawiała się w pracy wcześniej niż w czwartek, gdy przygotowania do uroczystości ruszą pełną parą. No chyba że bardzo chce przyjść wcześniej. Na pewno znajdzie się dla niej jakieś zajęcie, a jeśli nie, może zająć się starodrukami. Ich odcyfrowywanie sprawia jej przecież tyle radości.
    Westchnęła. Zawsze to samo. Jej praca nie była z gatunku tych, które określa się mianem „dobra”. Nie miała wielu obowiązków. W Instytucie traktowano ją nadal jak studentkę, a jej zatrudnienie jak coś tymczasowego, okazję do nauki i rozwoju zainteresowań. Zdaniem niektórych, wykluczało to poważną pracę, ukierunkowaną na osiągnięcie przyzwoitego dochodu.
    Włączyła wideofon. Nie było żadnej wiadomości. Także Olaf nie próbował skontaktować się z nią już od wczoraj. Trochę ją to zmartwiło, ale w ciągu tych wszystkich lat nauczyła się ufać Olafowi i przestała zadręczać go swoimi obawami i podejrzeniami. Zrezygnowała z zamiaru pozostawienia mu wiadomości. Na pewno jeszcze spał lub ślęczał przy komputerze, rozpracowując ten program graficzny, którym tak bardzo ekscytował się podczas ostatnich odwiedzin u niej. Albo, korzystając z uroku dnia polarnego, kopał z kumplami piłkę na miejscowym boisku.
    Miała więc dla siebie całe pięć dni. Zdarzało się to, odkąd skończyła studia, wcale nierzadko. Miała też mnóstwo pomysłów na wykorzystanie tego czasu. Może poszuka sobie jeszcze jednej dorywczej pracy?
    Na razie jednak zagłębiła się w lekturze grubego zbioru nordyckich baśni i legend z okresu średniowiecza. Nie musiała korzystać z przekładów. Kochała czytać je tak, jak robiła to w tej chwili. Po norwesku.

    * * *

    Kuchnia była duża i przestronna, służyła więc jednocześnie jako jadalnia, gdyż w pokoju dziennym nakrywano jedynie od wielkiego święta. Arina lubiła w niej przebywać, chociaż gotowała niewiele. Królowała tutaj niepodzielnie matka.
    – Dzień dobry, mamo! Dzień dobry, tato! – zawołała, schodząc po schodach.
    – Dzień dobry, kochanie! – odkrzyknęła matka, chwytając trzonek wielkiej patelni ręką uzbrojoną w grubą rękawicę. Na patelni dymiła smakowicie jajecznica na boczku.
    Ojciec tylko coś mruknął, zajęty jak zwykle przeglądaniem internetu na ekranie swojego laptopa. Arina przysiadła się do stołu i zerknęła w kierunku okna. Obrzuciła spojrzeniem drewniany parkan wokół domu i fragment ich spokojnej uliczki. Roznosiciel gazet pracował od samego rana. Każda rodzina, o ile tylko opłaciła prenumeratę, znajdowała w swojej skrzynce pocztowej wiadomości świeżutkie jak ciepłe bułeczki.
    Na pytanie ojca, czemu wstała tak wcześnie, odparła, że już się wyspała. Mogłaby wprawdzie jeszcze pospać lub przynajmniej powylegiwać się w łóżku. Przecież nie spieszyła się do pracy. Lecz w czerwcu Arina nigdy nie sypiała długo. Wczesnym rankiem przywoływanie stawało się jeszcze silniejsze, niemal nie do wytrzymania. Na szczęście trochę słabło zimą.
    Matka podała jajecznicę i pokroiła chleb. Wszyscy troje zabrali się do jedzenia. Po skończonym posiłku ojciec wytarł usta serwetką i wychylił duszkiem zimną kawę. Wreszcie odezwał się niespodziewanie:
    – A może powinnaś, Arino, poszukać sobie wreszcie porządnej pracy? Na przykład w banku. Tak, chciałbym, żebyś dostała posadę w banku. Z tego są prawdziwe pieniądze.
    – Tato, przecież mam pracę.
    – Ty masz pracę? Więcej siedzisz w domu niż pracujesz, a kiedy przychodzi czas na wypłatę, przynosisz jakieś śmieszne grosze. Skończyłaś dobre studia, córko. Nie zmarnuj swojej życiowej szansy.
    – Tato, wiem – westchnęła, odstawiając talerz. – Obiecuję ci, że wkrótce, już niedługo, postaram się o dobrą pracę. Ale jeszcze nie teraz. Daj mi jeszcze trochę czasu.
    – Jak dużo jeszcze czasu potrzebujesz!? – zakrzyknął ojciec. – Od roku nie studiujesz i nie pracujesz. Nie może tak być dłużej, Arino.
    – Czas, byś zaczęła układać sobie życie – dodała matka. – Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybyś poznała jakiegoś porządnego chłopca i zaczęła planować z nim przyszłość.
    – Mamo, a co z Olafem?
    – To Norweg! – wtrącił znów ojciec. – Polskie dziewczęta powinny wychodzić za polskich chłopców, gdyż w przeciwnym razie nasz naród wymrze. Poza tym ten Norweg i tak nigdy ci się nie oświadczy.
    – Popatrz na Martę – dodała matka. – Skończyła studia, wyszła dobrze za mąż, ma świetną pracę, kupili dom i wychowują dwoje prześlicznych dzieci. Dlaczego nie możesz być taka jak ona?
    Marta. Wieczne strapienie Ariny. Jej starsza siostra, będąca wcieloną doskonałością. Jakże blado wypadała na jej tle Arina ze swoją niechęcią do stabilizacji i niepojętymi dla reszty rodziny marzeniami. W tej kuchni, przy tym stole porównywano ją do Marty tak często i na tak dużą dla niej niekorzyść, że porównania te zaczęły bardziej bawić Arinę niż gniewać. A jednak nie potrafiła pozbyć się z głowy dokuczliwego poczucia niższości.
    – Mamo, jeszcze będziesz ze mnie zadowolona. Obiecuję, że znajdę dobrą pracę, poznam odpowiedniego mężczyznę i wyjdę za mąż. Przecież wiecie, że jestem patriotką. Wiem, jak powinna postępować Polka. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie dziś.
    – A co z Olafem? – spytała jak echo matka. – Będziesz musiała z nim zerwać.
    – Zerwę z nim, obiecuję.
    – Ty się ciągle włóczysz po Europie – zdenerwował się, nie wiedzieć czemu, ojciec. – Wydajesz na to wszystkie swoje nędzne pieniądze. Jak nie Norwegia, to Szwecja. Jak nie Szwecja, to Estonia. Jak nie Estonia, to coś jeszcze. Zamiast poważnie myśleć o życiu, ciągle włóczysz się po Europie z tym swoim niewydarzonym kochankiem.
    – Bo tak musi być – mruknęła Arina, wstając gwałtownie od stołu.
    Pobiegła na górę. Pod powiekami czuła palące łzy. Może i chciałaby uniezależnić się finansowo od rodziców, ale wówczas musiałaby zrezygnować z Olafa i z wycieczek. To było takie niesprawiedliwe.
    Przenikliwie zadźwięczał dzwonek wideofonu. Odebrała natychmiast. To był Olaf. Jak dobrze było widzieć jego kochaną, jasną twarz.
    – Cześć, ptaszyno – odezwał się chłopak. – Dobrze spałaś?
    Zawahała się chwilę z odpowiedzią. Mogłaby przecież skłamać. Mogłaby powiedzieć, że spało jej się świetnie, nie nękały jej żadne senne koszmary, a jej rodzice są najlepszymi ludźmi na świecie. Ale przecież nigdy nie kłamała Olafowi.
    – No, co jest, malutka? – nie dał jej dojść do słowa. – Przecież widzę, że wyglądasz niewyraźnie. Oczy masz podkrążone aż po podbródek. Znowu złe sny, co?
    Pokiwała smętnie głową.
    – Wróciły.
    – Tak same z siebie wróciły? A może znowu oglądałaś przez zaśnięciem ten durny amerykański film?
    – No... Tak. Obejrzałam. Jest w nim coś takiego, że... Nie mogę przestać o tym myśleć, Olafie. To silniejsze ode mnie. To preludium…
    – Nieprawda – przerwał jej surowo, ściągając kształtne brwi. – Zadręczasz się tym szmelcem. Skończ z tym, Arino.
    – Niczego nie rozumiesz. „Cicha inwazja” nie jest takim zwyczajnym amerykańskim szmelcem. Wiedziałbyś, o czym mówię, gdybyś chociaż raz obejrzał ten film.
    – Nie chcę go oglądać – wokół ust Norwega wykwitł grymas obrzydzenia. – Nie chcę, żebyś ty go oglądała. Nie chcę, żeby to „genialne” preludium doprowadzało cię na skraj szaleństwa.
    – Czego się boisz? – krzyknęła rozpaczliwie. – Że oni mogą mieć rację?
    – Arino, nie wiem, o czym mówisz – odparł chłodno.
    – Olafie, ja muszę chociaż na chwilę oderwać się od tego wszystkiego – jęknęła. – Czuję się tak, jakby świat się rozpadał. Mam pięć dni wolnego, więc przyjadę do ciebie, dobrze? Mogę przyjechać?
    – Oczywiście – odparł nieco zaskoczony. – Przecież wiesz, że zawsze jesteś mile widzianym gościem w moim domu. Kocham cię, Arino. Nigdy o tym nie zapominaj.
    – Ja też cię kocham. Ale wszystko się zmienia. Nie możemy tak po prostu zamknąć oczu i zasłonić uszu. Nie możemy udawać, że tego nie ma, że to się nigdy nie zdarzyło. Nie chcę już dłużej żyć iluzją, Olafie.

    * * *

    Poczuć znów, że żyje. Pojechać jeszcze raz Drogą Trolli i przeżyć jakże miły zawrót głowy, gdy spogląda się w dół. Wspiąć się na jeden z ponurych skalistych płaskowyżów – fieldów – i być choć przez chwilę jak orzeł na szczycie świata. Jeszcze raz rozkoszować się majestatyczną pieśnią Wodospadu Siedmiu Sióstr, zachwycić się potęgą żywiołu, opadającego ze stromego urwiska z niepohamowaną siłą w dół, ku błękitnawej spokojnej tafli fiordu. Przekroczyć po raz kolejny krąg polarny, dla niej będący kręgiem magicznym. Popłynąć na Lofoty i schylić głowę z szacunkiem dla trudu rybaków, gospodarujących na tych niegościnnych zimnych terenach. Pójść na targ rybny w Bergen. Poczuć wreszcie jeszcze raz moc ramion Olafa, oplatających jej kibić. Poczuć jego gorący oddech na szyi i usłyszeć słowa miłości wyszeptane w słodkiej mowie Północy.
    Te wszystkie rzeczy są jej niezbędne do życia. Tak samo, jak niezbędne są jej muzea pełne skarbów minionych wieków, drewniane kościoły, których zachowało się w Skandynawii więcej niż w całej pozostałej Europie, średniowieczne księgi przepisywane przez pobożnych mnichów, ozdobione wyblakłymi rycinami, do których uzyskiwała czasem dostęp za pośrednictwem przyjaciół z Instytutu, tętniące życiem miasta portowe, nieprzyjazny i zimny Nordkapp, który zdążyła odwiedzić w towarzystwie Olafa już trzykrotnie. A przede wszystkim potrzebowała do istnienia zapierającego dech w piersiach piękna ognistej zorzy polarnej, wykwitającej wszystkimi barwami tęczy na niebie tych odległych krańców znanego jej świata.
    Skończyła studia ekonomiczne, bo właśnie taką przyszłość wybrali dla niej rodzice. Na sam dźwięk słowa „skandynawistyka” wybuchały w domu dzikie awantury, w których prym wodził ojciec. Dowodził, że inwestowanie czasu i pieniędzy w tego rodzaju fanaberie jest szczytem głupoty.
    – Musisz zdobyć zawód z przyszłością, Arino! – grzmiał. – Nie pozwolę, byś zmarnowała sobie życie, angażując się w tę bzdurę!
    – Posłuchaj ojca, córko – wtórowała mu matka. – Wiesz, że oboje bardzo cię kochamy i pragniemy dla ciebie szczęścia. Na ekonomistów jest i zawsze będzie zapotrzebowanie. Zresztą, spójrz na Martę…
    I tak w kółko wciąż ta sama śpiewka, dopóki nie ustąpiła. Ale tak naprawdę nigdy się nie poddała. W czasie wolnym rozwijała swoje zainteresowania na wszelkie możliwe sposoby. Samodzielnie wyuczyła się podstaw języka norweskiego, a następnie, już jako dziewiętnastolatka, czyli na pierwszym roku studiów, znalazła dorywczą pracę w Instytucie Przyjaźni Polsko-Norweskiej. Zarobione pieniądze inwestowała głównie w kurs językowy i wkrótce mogła swobodnie rozmawiać z norweskimi gośćmi w ich ojczystym języku.
    Instytut organizował wystawy sztuki zarówno uznanych norweskich mistrzów, jak i współczesnych artystów, wystawy fotografii poświęconej pięknu skandynawskiej przyrody i życiu tamtejszych ludzi, a także spotkania z wybitnymi osobistościami z Polski i Norwegii, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do zacieśnienia więzów pomiędzy oboma krajami. Odbywały się tam również, we własnym gronie lub w formacie otwartym dla publiczności, spotkania integracyjne i wszelkiego rodzaju imprezy, mające na celu możliwie szerokie popularyzowanie kultury nordyckiej w Polsce.
    Realizowane były także programy wymiany międzynarodowej dla dzieci i młodzieży. Do obowiązków Ariny należało opiekowanie się norweskimi dzieciakami i pokazywanie im Polski z najlepszej strony. Oddelegowano ją do tego zadania tym chętniej, że znała całkiem dobrze język i pogłębiała tę znajomość w oszałamiającym tempie. Z drugiej strony, ona sama uczestniczyła w wielu wycieczkach i obozach, organizowanych dla polskiej młodzieży w Norwegii, a ponieważ była pracownikiem Instytutu, atrakcje te nic jej nie kosztowały. Awansowała szybko i zaledwie po trzech latach brała udział w obozach jako opiekunka i przewodniczka.
    „Jej” Instytut współpracował ściśle z odpowiadającą mu jednostką w Trondheim. Stali i sezonowi pracownicy obu instytucji stanowili jakby wielką rodzinę, która spotykała się kilka razy w roku na uroczystych kolacjach, przeciągających się zwykle do późnej nocy. Bawiono się, tańczono, śpiewano i dyskutowano na wszelkie możliwe tematy po polsku, po norwesku i w rozmaitych innych językach.
    Właśnie na jednym z takich balów Arina poznała Olafa Sorensena. Była to jedna z tych miłości, które zwie się miłością od pierwszego wejrzenia, przynajmniej z jej strony. Zaledwie osiemnastoletni Olaf wydał jej się najpiękniejszą ze wszystkich istot, które ujrzała w swoim krótkim życiu. Wysoki blondyn o jasnej cerze, szarych oczach i smukłej sylwetce podbił jej serce nie tylko samym wyglądem, ale także emanującym od niego spokojem, sprawiającym, że Olaf nie angażował się przesadnie w wir życia towarzyskiego. Stał przy oknie z rękoma założonymi na piersiach, a jego wzrok błądził trochę nieprzytomnie po ludziach już podochoconych alkoholem i całej bogato przystrojonej sali.
    Arina długo wahała się, czy powinna do niego podejść i zainicjować znajomość. A jeżeli tak, to jakimi słowami zacząć rozmowę? I w końcu zrobiła to, zdobyła serce i ciało Norwega. Długo nie mogła sobie przypomnieć, jak brzmiały pierwsze słowa, które padły z jej ust. Zirytowana tym faktem, spytała o nie Olafa, i oboje długo śmiali się z jej początkowego zmieszania. Otóż powiedziała wtedy:
    – Czy mógłbyś podać mi musztardę?
    Spędzili razem resztę wieczoru, zaś na pożegnanie wymienili się numerami wideofonów. Zaczęli dzwonić do siebie regularnie i spotykać się przy każdej nadarzającej się okazji, a wkrótce także bez okazji.
    Olaf uczył się polskiego, służyli więc sobie wzajemnie pomocą. Rozmawiali ze sobą w obu językach, przeskakując z jednego na drugi tak zgrabnie, że wkrótce przestali to zauważać. Oboje władali płynnie angielskim, chłopak znał też szwedzki i duński. Arina z radością poznawała więc podstawy kolejnych skandynawskich języków, a biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie były dość podobne, nie sprawiało jej to dużego kłopotu. Ze szkoły znała niemiecki i w ograniczonym stopniu francuski, i nie zaniedbywała żadnej okazji, by szlifować te umiejętności.

    * * *

    Tak szeroka znajomość języków nie była niczym wyjątkowym w Zjednoczonej Europie początku XXIII wieku. Po długim okresie zafascynowania techniką i naukami przyrodniczymi, Europa znużyła się nowoczesną nauką, pozwalającą wprawdzie podbijać świat, lecz nie wznoszącą człowieka ani o krok wyżej w rozwoju duchowym. Kontynent powrócił do dawnego humanizmu, a języki znów stały się bardzo modne, szczególnie dla tych, którym nie wystarczały granice ich ojczyzn.
    Zmiana ta zaczęła się gdzieś w połowie XXI stulecia. Zapanowało wtedy, nie wiedzieć skąd, powszechne przekonanie, że „już dość”, „już wystarczy”. Wystarczy nowych cudów techniki, wystarczy agresywnego rozwoju systemów informatycznych i sztucznej inteligencji, wystarczy podróży kosmicznych. Czas przestać uganiać się za kolejnymi szokującymi odkryciami i wynalazkami. Czas zaprzestać badań nad energią atomową i nad nowymi rodzajami broni masowego rażenia. Czas porzucić nowe zawiłe teorie matematyczne, zrozumiałe jedynie dla garstki specjalistów. Już czas zająć się sobą.
    
Nie oznaczało to bynajmniej powrotu do średniowiecza. Nie zrezygnowano z tych sposobów ułatwiania i uprzyjemniania sobie życia, które już istniały. Wciąż je udoskonalano, wciąż miały miejsce pożyteczne innowacje, zaprzestano jedynie prób dokonania kolejnego wielkiego skoku technologicznego. Wydana w 2055 roku dyrektywa Komisji Europejskiej zmniejszyła skalę finansowania dla rozwoju nowych technologii, przesuwając te środki na nauki humanistyczne i społeczne. Jak można było się spodziewać, większość Europejczyków wcale nie ubolewała z tego powodu.

    * * *

    Poczuć znów, że żyje. Posmakować upajającej prędkości, zasnąć przy wtórze pieśni kół, toczących się niezmordowanie po szynach.
    Na przełomie XXI i XXII wieku kolej żelazna powróciła do łask i stała się podstawowym środkiem transportu dla tysięcy, a może nawet milionów podróżnych. Drastycznie ograniczono za to liczbę prywatnych samochodów. Powodem tego była zarówno potrzeba zmniejszenia emisji dwutlenku węgla i innych szkodliwych gazów do atmosfery, powodujących w całym poprzednim stuleciu groźne nasilenie efektu cieplarnianego i wzrost średnich temperatur na kontynencie, jak i konieczność uniezależnienia się od dostaw ropy naftowej z Bliskiego Wschodu i innych części świata.
    Na znaczeniu stracił także transport lotniczy. Zwolnienie tempa życia spowodowało, że potrzeba błyskawicznego przemieszczenia się z jednego krańca lądu na drugi praktycznie przestała istnieć. Ludzie nauczyli się rozkoszować czasem przesypującym się leniwie i dostojnie niczym ziarenka piasku w klepsydrze, przelewającym się jak krople wody pomiędzy palcami. Nie tracono więcej sił na gorączkowy wyścig z innymi ludźmi i samym czasem, tytanem bezlitosnym i całkowicie obojętnym na ludzki los.
    Arina zostawiła rodzicom krótką notatkę.
    Mamo, tato. Jadę do Olafa. Wrócę w środę wieczorem. Nie martwcie się o mnie. Całuję, Arina.
    Za pomocą magnesu przypięła kartkę do drzwi lodówki w widocznym miejscu. Zamierzała pojechać nocnym pociągiem, bo w ten sposób na rano będzie już w Trondheim i przywita się ze swoim ukochanym.
    Pociąg z Warszawy był w stanie pokonać ten dystans w ciągu zaledwie dwunastu godzin, wykorzystując sieć kolei wysokich prędkości, w które państwa członkowskie sporo zainwestowały jeszcze w pierwszej połowie XXI wieku. W późniejszych dekadach Federacja Europejska nie zatrzymała rozwoju kolei, wręcz przeciwnie, bardzo troszczyła się o ich funkcjonalność i sam poziom usługi, traktując je jako kluczowy element infrastruktury, pozwalający Europejczykom na łatwiejsze wojaże pomiędzy różnymi punktami na mapie ich świata i lepszą integrację pomiędzy narodami.
    Z Polski do Danii prowadził tunel pod Bałtykiem, zbudowany pod koniec XXI wieku pomiędzy wybrzeżem gdańskim a wyspą Zelandią, skąd z Kopenhagi – przez most Øresund mający prawie osiem kilometrów długości i otwarty już na początku tego stulecia – trasa biegła dalej przez miasta Malmö, Göteborg i Oslo, a następnie już prosto do Trondheim, zahaczając o malownicze Góry Skandynawskie. Arina żałowała, że w nocy nie mogła podziwiać ich piękna, jednak w ten sposób mogła dotrzeć do Olafa jeszcze przed świtem, nie tracąc ani chwili.
    Przed paroma laty nauczyła się sypiać w pociągach, a monotonny stukot kół bardziej kołysał ją do snu niż z niego wybijał. Darzyła kolej bezgranicznym uwielbieniem, niemal miłością. Skomplikowana sieć torów kolejowych, pokrywająca mniej lub bardziej równomiernie cały kontynent, jawiła jej się jako naturalny krwiobieg organizmu, nie brała więc w ogóle pod uwagę innego sposobu podróżowania.

    * * *

    Lubiła zostawać sama w ciszy wieczoru, w swoim przytulnym pokoju na piętrze. Zaciągała wtedy zasłony, sięgała do swojej kolekcji płyt DVD i puszczała zawsze ten sam film. Znała go już na pamięć, nie trudziła się więc patrzeniem na ekran. Często wyłączała w ogóle wizję. Gasiła światło, kładła się w ciemnościach na łóżku z rękoma podłożonymi pod głowę, i słuchała.
    Słuchała raz po raz, dziesiątki, setki razy, aż do bólu. Słuchała preludium do „Cichej inwazji”, długiego wstępu wygłaszanego głębokim, monotonnym głosem. Głosem niepokojącym, przywodzącym na myśl najmroczniejsze zagadki, nierozwiązane tajemnice i przyprawiające o lodowaty dreszcz opowieści grozy.

    Od tysięcy lat przemierzali Kosmos w poszukiwaniu nowego domu. Ich ciała więdły i umierały, znużone ciężarem niezliczonych pokoleń, lecz ich duch, stary i potężny, zapłonął u schyłku dziejów płomieniem jaśniejszym i gwałtowniejszym niż kiedykolwiek. Ostatkiem sił zbudowali więc ogromne pojazdy, zdolne do przemierzania niezbadanych głębi Wszechświata, odrzucili dogorywającą cielesną powłokę i wstąpili na pokład statków, uwolnieni z więzów ciała, a ognisty duch lśnił niby milion słońc.
    Rozesłali swe statki we wszystkie zakątki Wszechświata, nie troszcząc się więcej o swoją starą planetę, wysuszoną od żaru ich pęczniejącego słońca. Wędrując poprzez eony lat świetlnych, stary duch śnił o nowym domu, o ciepłej i młodej planecie, o lądach pokrytych kobiercem bujnej zieloności, o równikowych lasach eksplodujących bogactwem milionów form życia, o wodach skrywających w swych głębinach niezliczone gatunki fauny i flory. Przepotężna myśl, zwielokrotniona milion razy poprzez wyzbycie się cielesności, zakochała się w swym marzeniu. Czyste światło pożądało łagodnego półmroku oceanicznych głębi i pałaców starych puszcz.
    Wreszcie jeden z ich statków dotarł do Ziemi i zawisł niczym upiór nad biegunem. Duch upodobał sobie ten nowy świat, tak przebogaty w różnorodności życia i tak pierwotny, tak barbarzyński w dziedzinie myśli. Intelekt raczkował dopiero na tej planecie, stawiał pierwsze nieśmiałe i bojaźliwe kroki. Duch dostrzegł potencjał. W swej nieprzebranej mądrości zapragnął urzeczywistnić wszystkie cudowne możliwości, rodzące się w nim samym i niezmiennie do niego powracające. Zapragnął nadać im nowy kształt, opuścił więc swój statek i połączył się z ciałami, umysłami i sercami dwunogich stworzeń, zamieszkujących niewielki kontynent na półkuli północnej... 




    Przyspieszała odtwarzanie, aż natrafiała na inny fragment. Znów kładła się w ciemnościach i słuchała raz po raz opowieści o jej własnym świecie.

    Europejczycy stali się bezwolnymi ofiarami, niczego nieświadomymi wykonawcami planów agresora. Pozbawieni wolnej woli, wyzuci z własnych dążeń, służyli tym, którzy przed milionami lat świetlnych zakończyli życie na starej, wysuszonej na wiór planecie. Duch wzniósł ich rękami Barierę, potężne pole siłowe odgradzające Europę od reszty świata. Ale ludzkość przejrzała podstęp Obcych. Z bólem serca uradzono, że trzeba poświęcić istnienie tych, którzy przestali już być ludźmi. Było za późno, by ich ocalić, można było jedynie zakończyć ich mękę. Po raz pierwszy w dziejach Ziemia zjednoczyła się przeciwko wspólnemu wrogowi. Rozpoczęto regularne bombardowanie Europy, lecz Bariera nie przepuszczała pocisków. Energetyczny parasol dobrze chronił przyczajonych pod nim Obcych w jakże znajomych ciałach. Ale prawdziwi ludzie nie poddawali się…

    Zwykle zatrzymywała w tym momencie płytę i podchodziła do okna. W skupieniu przyglądała się nocnemu niebu, zwyczajnemu czarnemu niebu, usianemu rojem gwiazd. Od czasu do czasu przestrzeń przecinała purpurowa wstęga i odległe, złowrogie mruczenie docierało do jej uszu. Wstrząsał nią dreszcz. Bariera wytrzyma, wytrzyma, powtarzała sobie w myślach, lecz niepokój nie ustępował.
    A potem znów padała na łóżko i wyrzucała z siebie przez zaciśnięte zęby:
    – To wszystko łgarstwo, wstrętne amerykańskie łgarstwo! To się nie wydarzyło, zmyślili sobie to wszystko, żeby namieszać nam w głowach, cholerni spece od kosmicznych oper mydlanych…
    Lecz jakaś siła nakazywała jej zaczynać cały ten rytuał od nowa, aż do całkowitego wyczerpania psychicznego. Zasypiała wreszcie ze zmęczenia, a jej sny były zawsze takie same. Śniła o zagładzie i końcu świata.

    * * *

    Olaf wiedział. Widywali się wprawdzie nieczęsto, lecz utrzymywali stały kontakt wideofoniczny. Uparte wałkowanie upiornej „Cichej inwazji” oraz koszmarne sny wycisnęły głębokie piętno na jej psychice. Niezdrowa bladość słodkiej, nieco dziecinnej twarzyczki Ariny, oczy wiecznie podkrążone i przekrwione z powodu bezsenności oraz zmęczony głos nie mogły ujść uwadze kochającego przyjaciela.
    Zresztą, Arina nie zamierzała robić z tego tajemnicy. Nie chciała i nie potrafiła utrzymywać w sekrecie czegoś, co wstrząsnęło nią do głębi. Byłoby to w pewnym sensie kłamstwo wobec Olafa. Przeciwnie, czuła potrzebę podzielenia się z Norwegiem całym tym koszmarem i znalezienia w nim oparcia. Lecz Olaf nie chciał w ogóle rozmawiać na ten temat. Zaczynał się złościć przy najlżejszej wzmiance o „Cichej inwazji”, jedyna zaś rada, której niezmiennie udzielał Arinie, sprowadzała się, najogólniej rzecz biorąc, do „skończenia raz na zawsze z tym amerykańskim szmelcem".
    Arina pozostała więc sama ze swoimi wątpliwościami. Dusiła lęk głęboko w sobie, poszukiwała wyjścia z labiryntu własnych emocji i powracała wciąż do tego samego mrocznego miejsca. Za nic w świecie nie zwierzyłaby się rodzicom, „idealna” Marta również nie nadawała się na powiernicę. Pewnie otworzyłaby tylko szeroko oczy ze zdumienia i spytała tym swoim opanowanym, wyćwiczonym do bólu głosem urzędniczki:
    – Po co marnujesz na te rzeczy swój czas i zdrowie?
    W najbardziej gwałtownych przypływach rozpaczy przeklinała w duchu Pernillę Johansson, jedyną osobę, którą mogła obarczyć chociażby częściową odpowiedzialnością za taki stan rzeczy. Poznała Pernillę Johansson, z pochodzenia Szwedkę, lecz mieszkającą na stałe w Norwegii, na jednym z wieczorków zapoznawczych dla pracowników i sympatyków Instytutu Przyjaźni Norwesko-Polskiej w Trondheim. Olaf przygotowywał się w tych dniach do ważnego egzaminu na uczelni, zrezygnował więc z zabawy. Arina, przyzwyczajona do jego ciągłej obecności podczas wszystkich jej wypraw na Półwysep Skandynawski, poczuła się z początku zagubiona wśród tych wszystkich osób, na ogół starszych od niej, szybko jednak odzyskała dobre samopoczucie. Zawsze towarzyska, nie stroniąca od ludzi, chętnie nawiązywała nowe znajomości i pogłębiała te już istniejące.
    Tego właśnie feralnego wieczoru spotkała Pernillę Johansson. Sympatyczna jasnowłosa Szwedka, starsza od Ariny zaledwie o cztery czy pięć lat, od razu przypadła jej do gustu. Odkryły, że mają sporo wspólnych zainteresowań, między innymi kino. Pernilla wydała się Arinie nieco sztywna, jakby usiłowała za wszelką cenę zachować bezpieczny dystans, lecz taka właśnie była, przynajmniej na początku znajomości, znakomita większość Skandynawów. W ciągu wielu lat „romansu” z chłodnym półwyspem nauczyła się nie oczekiwać od jego mieszkańców wylewnej serdeczności.
    Ich początkowo zupełnie bezpieczna, niezobowiązująca rozmowa o nowościach kinowych zaczęła zmierzać w pewnej chwili w „niebezpiecznym” kierunku. Zaczęło się całkiem niewinnie, od drobnej wzmianki o twórczości Tolkiena. Arina wyczuwała całkiem wyraźnie, do czego Pernilla zmierza. Kontynuowanie tej rozmowy w jakimkolwiek języku na sali pełnej ludzi byłoby co najmniej nietaktowne.
    Szwedka wstała powoli od stolika i rzuciła od niechcenia po norwesku:
    – Wybacz, Arino, ale mój makijaż wymaga pewnej korekty. Dokończymy tę rozmowę za piętnaście minut.
    Jej usta ułożyły się na krótką chwilę w angielskie słowa come soon. Arina odczekała dla przyzwoitości kilka minut, a następnie również wstała niby to niedbałym ruchem, i pomaszerowała w kierunku damskiej łazienki. Tak jak oczekiwała, łazienka była pusta, jeśli nie liczyć Pernilli Johansson, przypudrowującej zgrabny nosek.
    – Mam „Władcę Pierścieni” – zaczęła od razu Arina. – Wszystkie trzy części. To kawałek dobrej sztuki, chociaż amerykańskiej. Chętnie pożyczyłabym ci ten film, ale sama rozumiesz, będzie to trochę trudne. Mam je w domu, nie tutaj…
    Pernilla położyła palec na ustach, jakby słowotok Polki obchodził ją tyle co zeszłoroczny śnieg. Arina zamilkła, nieco urażona. Ta konspiracja wydawała jej się dość śmieszna. Posiadanie i oglądanie filmów made in USA było na terenie Federacji Europejskiej nielegalne albo przynajmniej nie w dobrym tonie. Choć o ile wiedziała, nikt jeszcze nie został za to naprawdę ukarany. Nowości i klasyki filmowe zza oceanu przeciekały wciąż sobie tylko znanymi drogami. Zawsze dostępne jak świeże bułeczki, czekały na nabywcę „pod ladą” każdego sklepu z multimediami. Wystarczyło tylko zapytać. Gdyby dobrze poszukać, w każdym europejskim domu znalazłoby się przynajmniej kilka takich płyt. Mimo to liczni wielbiciele amerykańskiego kina raczej daliby się pokroić niż przyznali w towarzystwie do tego rodzaju zainteresowań. Seanse odbywały się z reguły tylko w kręgu rodziny i najbliższych przyjaciół.
    Arina wolałaby, aby ta sprawa przestała być nareszcie tajemnicą poliszynela. Po cóż delegalizować i zabraniać czegoś, co i tak wszyscy robimy, dowodziła swoim najbliższym z zapałem. Czemu amerykańskie filmy, nadal budzące w Europie duże zainteresowanie, nie mogłyby być zwyczajnie dostępne w sprzedaży i wyświetlane w kinach?
    – Co ty opowiadasz, Arino! – Jacek, jej szwagier, wydawał się szczerze zdumiony, a nawet lekko zgorszony pomysłem dziewczyny. – Wybij sobie z głowy takie bzdury. Tylko w ten sposób możemy bronić się przed napływem tej ich tandety. W przeciwnym razie zalaliby nas powtórnie w mgnieniu oka swoją masową produkcją.
    – Nie o tym chciałam mówić – odezwała się wreszcie Pernilla z pewnym rozbawieniem. – Klasyki mnie nie interesują. Widziałaś już „Cichą inwazję”?
    – Nie, a powinnam?
    – Może… Może każdy z nas powinien zobaczyć ten film.
    Jasnowłosa dziewczyna rzuciła to zdanie gdzieś w przestrzeń, jakby zapominając na chwilę o Arinie. Zapatrzyła się na swoje odbicie w lustrze, a jej oczy nabrały nieprzytomnego, szklistego wyrazu.
    – Co to za film?
    – Sama się przekonasz. Coś w rodzaju fantastyki naukowej. Wiesz, obca cywilizacja wyruszająca w podróż przez galaktykę, i takie tam rzeczy.
    – W takim razie spodoba mi się na pewno. Kupiłam w zeszłym roku wszystkie dziewięć epizodów „Gwiezdnych wojen”…
    – Nie! – przerwała jej gwałtownie Pernilla. Zacisnęła mocno palce wokół brzegów umywalki, a w jej oczach pojawiło się coś dzikiego, niemal szalonego. – Nie wiesz, o czym mówisz, dziewczyno! „Cicha inwazja” to nie jakaś tam łzawa kosmiczna saga. To jest coś zupełnie... odmiennego. Ale to i tak stek kłamstw! Nie wierzę nawet w jedno słowo…
    Arina z trudem dowierzała własnym oczom. Szwedka, jeszcze przed paroma minutami tak opanowana, niemal dostojna w swej idealnej samokontroli, teraz drżała od wewnętrznego wzburzenia, z trudem hamowanego. Czym więc jest ta „Cicha inwazja”? Jaką straszliwą tajemnicę w sobie kryje? Gwałtownie rozbudzona, gorączkowa fascynacja domagała się zaspokojenia, i to jak najrychlejszego.
    Zdobyła film na drugi dzień po powrocie do Polski. Zaspokoiła ciekawość, lecz wkrótce miała tego pożałować. „Cicha inwazja” owinęła się zdradziecko wokół jej serca jak powój, dzień po dniu pozbawiając dziewczynę zdrowych zmysłów, odbierając spokój, niszcząc bezpowrotnie wiarę w to wszystko, co jeszcze wczoraj wydawało się Arinie mocne i trwałe jak sam fundament świata, zsyłając koszmarne sny, wznosząc nieprzebyty mur pomiędzy nią a Olafem. Nie było żadnych dróg ucieczki, żadnego wyjścia z tej matni, musiałaby bowiem uznać, że te wszystkie okropności nie mogły, nie miały prawa się wydarzyć.
    Gdy wszystko zdawało się mówić, że film jednak nie kłamie.


    c. d. n. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz