poniedziałek, 3 listopada 2025

Recenzja książki „Carpe Jugulum‟ Terry'ego Pratchetta


    „Carpe Jugulum” to szósta i ostatnia część cyklu o Czarownicach z Lancre, nie licząc tomów o przygodach młodej wiedźmy Tiffany Obolałej. Król Verence zaprasza na uroczystość nadania imienia swojej pierworodnej córce nie tylko obywateli królestwa, ale – w imię pójścia z postępem – również wpływową rodzinę wampirów z pobliskiego Überwaldu. Wampiry wydają się początkowo przyjaźnie nastawione i bardzo nowoczesne jak na swoją rasę, jednak dość szybko ujawniają się ich prawdziwe intencje, a są nimi przejęcie władzy nad królestwem Lancre oraz zapewnienie sobie ciągłych dostaw świeżej krwi. Na drodze stają im oczywiście dobrze już znane Czytelnikowi cztery miejscowe czarownice, jeśli liczyć królową Magrat, która praktycznie wycofała się po ślubie z tej profesji, małe, lecz bardzo groźne niebieskie ludziki nazywające siebie Nac Mac Feegle oraz samotny omniański kapłan Wielce Oates, stale pełen wątpliwości co do własnej wiary.




    W książce występuje co najmniej kilka warstw znaczeniowych. Po pierwsze mamy same wampiry. Autor bada tutaj relację pomiędzy podaniami ludowymi i klasycznymi baśniami a ich przetworzeniem na potrzeby nowoczesnej fantasy. Niby wszystko już uległo lub ma wkrótce ulec zmianie, a jednak to, co utrwalone w zbiorowej świadomości i tradycyjnie przypisywane tej rasie, wciąż wybija na powierzchnię i ostatecznie decyduje o zwycięstwie ludzi. Wampiry są silne, nieprzeciętnie inteligentne, okrutne, zdeterminowane i praktycznie nieśmiertelne, a jednak odcięcie głowy, czosnek czy święte symbole wciąż zachowują swoją moc.

    Po drugie, Czytelnik przygląda się postaci młodego kapłana, nazywanego w książce Wielce Oatsem. Omnianizm jest religią do złudzenia przypominającą chrześcijaństwo. Jej adepci czerpią całą wiedzę ze świętej księgi, odrzucają odkrycia nauki, nie wolno im żywić najmniejszej wątpliwości co do objawionych prawd, zaś w przeszłości stosowali prześladowania i tortury, chociażby wobec czarownic. Następuje więc w tym tomie zderzenie dwóch światopoglądów: wiary Oatsa oraz ateizmu i zdrowego rozsądku niani Ogg oraz babci Weatherwax. Sytuacja wymaga, by te skrajnie różne postaci współpracowały dla większego dobra, nie mogą więc zabrnąć w fanatyzm, a zamiast tego próbują się jakoś porozumieć. Jak to zwykle u Pratchetta, nie ma zacietrzewienia światopoglądowego ani wojującego ateizmu, a zamiast tego jest wiele humoru, ciepła oraz prób porozumienia ponad podziałami. Oates nie jest zresztą radykałem, przeciwnie, wydaje się skłócony sam ze sobą, podobnie jak jego religia, w której schizmy szerzą się szybciej niż w protestantyzmie. Ostatecznie nie traci wiary w Oma, udaje mu się za to odzyskać zwyczajną radość życia.

    Jak to zwykle bywa w książkach tego angielskiego pisarza, brak wiary w bogów nie oznacza relatywizmu moralnego. Okrucieństwo i mordowanie są prawie zawsze złe, a większość postaci uprawia seks dopiero po ślubie. Wartości etyczne wypływają z własnego wnętrza, z relacji z naturą i innymi rozumnymi istotami. Wampiry nie rozumieją tych subtelności. W pewnym momencie pojawia się dialog pomiędzy Agnes a wampirem Vladem:

– Jeśli zostanę wampirem – powiedziała – przestanę odróżniać dobro od zła.
– To trochę dziecinne, nie sądzisz? Przecież to tylko różne spojrzenia na to samo. Nie zawsze musisz robić to, czego chciałaby od ciebie reszta świata.

 
    Cała powieść roi się od mądrych i trafnych spostrzeżeń na różne tematy. Równie istotne są wybory, przed którymi bohaterowie są co chwilę stawiani, a najważniejsze walki to te, które są staczane w duszy z samymi sobą. Z nich dopiero wynikają zewnętrzne działania. Szczególnie ciekawe są tutaj zmagania pomiędzy „dobrą” a „złą” babcią Weatherwax w pośmiertnej krainie. Staruszka jest zresztą niezwykle uparta w utrzymywaniu, że nie potrzebuje żadnej pomocy, gdy tak naprawdę znajduje się na granicy życia i śmierci. Czytelnik zna ją z innych tomów jako najmądrzejszą i najpotężniejszą czarownicę na Dysku, natomiast w tej książce widzimy ją jako słabą i wyczerpaną kobietę, która została niemal pokonana przez Zło. Żadna poważna walka nie może być więc staczana w pojedynkę, a czas niezłomnych samotnych wojowników już minął, o ile kiedykolwiek istniał. Siła tkwi w zespole, we współpracy i zaufaniu, a każdy członek grupy wnosi własne unikalne umiejętności.


    „Carpe Jugulum” – czyli Chwytaj Gardło – to jeden z dłuższych i bardziej wymagających tomów cyklu, a dodając do tego drobną czcionkę, mnóstwo innych zajęć i ciągłe zmęczenie, czytało mi się tę książkę dość długo. Pomimo to, jeśli chcemy naprawdę dobrze poznać uniwersum Świata Dysku, nie możemy pominąć żadnego tytułu. Polecam miłośnikom twórczości Terry’ego Pratchetta oraz wszystkim lubiącym dobrą fantasy, lub przynajmniej nie wykluczającym tego gatunku ze swojego literackiego repertuaru.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz