poniedziałek, 27 stycznia 2025

Dopisek od autorki nr 1


    Czytając z uwagą ocalałe fragmenty poprzedniej wersji „Wyspy Zagubionych Snów”, doznawałam naprzemiennych odczuć odnośnie tekstu. W wielu momentach miałam wrażenie, że trzymam w dłoniach… hmm, może niekoniecznie arcydzieło, lecz na pewno świetny utwór literacki, do którego poziomu nie zdołam już dorównać. Lecz niedługo potem nie mogłam otrząsnąć się ze zdumienia, że kiedykolwiek napisałam taką szmirę! Do głowy wciskała się nieproszona i dokuczliwa myśl, że miejsce jedynego egzemplarza tej „książki” było właśnie tam, gdzie faktycznie się znalazł – czyli na śmietniku.
    Która z tych myśli jest bliższa rzeczywistości? Na pewno był to utwór nierówny, z nielicznymi świetnymi scenami oraz wieloma wątkami niewystarczająco przemyślanymi, nużącymi lub niepasującymi do zasadniczej koncepcji świata fantasy. Utwór napisany przez bardzo młodą osobę, językiem niekiedy nadmiernie egzaltowanym, z drugiej zaś strony zawierający dialogi, które wydają mi się obecnie banalne, wręcz dziecinne, ze sporą ilością kolokwializmów. Utwór feministyczny miejscami do przesady, praktycznie skierowany przeciwko mężczyznom. W postaci Javana – oraz częściowo Almarana – skupiłam te wszystkie cechy, które uważałam za najgorsze w męskim rodzie: brutalność, agresję, poleganie na sile fizycznej, cynizm i pogardę wobec kobiet, potrzebę posiadania i kontrolowania, żądzę seksualną, nieuznawanie sprzeciwu. Na szczęście wprowadziłam korzystną przeciwwagę dzięki kilku innym męskim charakterom, których cechy nie były aż tak karykaturalnie przerysowane, jednak nie da się ukryć, że na Wyspie Zagubionych Snów to kobiety grają pierwsze skrzypce.
    
Również pęd dziewcząt do wiedzy szkolnej, w szczególności do nauk ścisłych, oraz zamiłowanie Crystal do poezji wydają się nieco nie na miejscu. Przypuszczam, że były to echa trwającej jeszcze wtedy fascynacji moim kierunkiem studiów oraz tym wszystkim, co wyniosłam z liceum, a także echa mojej literackiej pasji, rozkwitającej w tym okresie życia dość intensywnie. Był to również wyraz buntu przeciwko poglądowi konserwatywnej części społeczeństwa, jakoby kształcenie, w szczególności na poziomie wyższym, nie było odpowiednie dla kobiet. Stawiając wszystko na jedną edukacyjną kartę, próbowałam przekroczyć granice ustanowione dla mnie przez moją chłoporobotniczą rodzinę, i wejść do tzw. inteligencji. Czy to się udało? Nie byłabym tak do końca pewna. Niestety bez silnego oparcia w rodzinie, również tego psychologicznego, trudno jest poruszać się z sukcesem po rynku pracy, bezwzględnym i zorientowanym przede wszystkim na wydajność.
    Jeśli zaś chodzi o rodzinę, to nietrudno było zauważyć, że we wcześniejszej wersji książki wartości rodzinne były słabo zarysowane, a nawet więcej, rodzina stanowiła niekiedy antywzór i główne źródło cierpienia. Kolejnym wiodącym trendem w „Wyspie Zagubionych Snów” jest eskapizm w wykonaniu wszystkich trzech głównych bohaterek. Uciekają one od zaangażowania w relacje z mężczyznami, od potencjalnych lub już istniejących stałych związków, od obowiązków oraz ograniczeń z nimi związanych, w fantasmagoryczny świat Esmeraldy. To, co zwyczajne i ziemskie, zostaje zastąpione życiem na pograniczu jawy i snu, ucieczką do świata wyobraźni i wszelkiej efemeryczności. Wszystkie trzy nazywają ten stan miłością do tytanki, ale tak naprawdę są one już stracone dla świata ludzi czy elfów.

    Po tak ostrej krytyce pierwszej wersji można zadać sobie pytanie, czy dewaluowanie mojej twórczości, odrzucenie jej nawet przez najbliższych i próby „odebrania” mi tego rzeczywiście były krzywdą, czy też były w jakimś stopniu uzasadnione…?
    Z perspektywy życia ponad dwukrotnie dłuższego niż wiek, w jakim napisałam tę książkę, wyraźnie widzę wszelkie jej niedoskonałości. Nie mam pewności, czy zdołam odłożyć na bok trapiące mnie wątpliwości i jeszcze raz beztrosko zanurzyć się w tej fabule. Gdyż tym, co było najcenniejsze i najpiękniejsze podczas urzeczywistniania tamtej młodzieńczej wprawki literackiej, był mój stan ducha, czy też stan umysłu, jak woleliby niektórzy – stan nazywany w psychologii flow, czyli pełne oddanie swojej pracy, niczym nie mącona wiara w jej sens, przepełniająca mnie czysta radość z jej wykonywania. Do tego chciałabym powtórnie zdążać jako pisarka. Z drugiej jednak strony, jako osoba ze znacznie większym doświadczeniem wiem, że nie tylko przyjemność pisania się liczy, ale też to, czy tekst przetrwa próbę czasu i czy zostanie pozytywnie przyjęty choćby przez niektórych czytelników.

    Pomimo wszystko żałuję, że jedyny egzemplarz tej książki przepadł. Nawet jeśli wymagałaby ona solidnych poprawek, właściwie przepisania od nowa, to wciąż mogłabym się do niej odwoływać i inspirować wątkami z niej. Niestety szanse na jej odzyskanie, po wypróbowaniu wielu opcji, są już na ten moment zerowe. Cuda zdarzają się bardzo rzadko. Muszę więc pogodzić się ze stratą. Nadal utrzymuję, że nie ja zniszczyłam tę książkę, ale ktoś zrobił to moimi rękami – nie panowałam w tamtym momencie nad sobą, chciałam znaleźć jedynie ulgę w bólu oraz odzyskać poczucie kontroli nad własnym życiem, choćby w taki desperacki sposób.
    Kolejnym krokiem będzie rozpisanie kluczowych wydarzeń w powieści, sporządzenie planu rozdziałów oraz rozplanowanie pisania w czasie, ze sporym zapasem i bez wymuszania na sobie ostrych deadline’ów. To nie jest odpowiednia pora na surowość wobec siebie. A potem zacznę powoli i systematycznie wypełniać szkielet książki ciałem, czyli treścią – nową i lepszą niż za pierwszym razem treścią.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz