poniedziałek, 27 stycznia 2025

Rozdział 2 - Wieża tytanki


    Konstelacje jawiły jej się w drodze jako barwne wstęgi świateł. Planet i mniejszych obiektów w ogóle nie dostrzegała, całkowicie skupiona na utrzymaniu prędkości i właściwego kierunku.
    Z początku zdawało się, że cała podróż przebiegnie bez najmniejszych zakłóceń. Crystal była bardzo podekscytowana swoim szalonym przedsięwzięciem i pełna mocy jak jeszcze nigdy dotąd, a także radosnej nadziei na coś bliżej nieokreślonego. Lecz niespodziewanie sytuacja zaczęła się komplikować. Pokonała już więcej niż połowę odległości, gdy poczuła, że słabnie z każdym momentem. Chyba przeszacowała na Velis swoje możliwości, a teraz w popłochu zdała sobie sprawę, że nie posiada jeszcze siły i umiejętności dorosłej, doświadczonej w międzygwiezdnych eskapadach elfki.
    Wreszcie stało się dla niej jasne, że nie zdoła kontynuować tej podróży i lada chwila rozpryśnie się pomarańczowożółtymi iskrami na wszystkie strony tej przerażającej pustki. Jedynym ratunkiem było szybkie znalezienie planety z atmosferą nadającą się do oddychania i odpoczynek na jej powierzchni. Lecz w tym celu musiałaby znacznie wytracić prędkość, co również wymagało dużego wysiłku. Nie wiedziała też, czy odnalazłaby potem gwiazdozbiór Łabędzia i samą Atmę na niebie obcego świata. Bardzo nie chciała zabłądzić w tych niezmierzonych otchłaniach, dlatego wolała nie zmieniać kierunku. Zaszlochała bezgłośnie z bezsilności i desperacji.
    Nagle poczuła, że jakaś ogromna moc sięga ku niej i podtrzymuje ją z niewypowiedzianą delikatnością. Crystal przestała więc walczyć i zdała się całkowicie na tę nieznaną siłę. Jej towarzystwo i wypływające z tego źródła poczucie tak wielkiego bezpieczeństwa, jakiego nie doświadczyła jeszcze nigdy w swoim krótkim życiu, niezmiernie zdumiało Crystal, ale też napełniło dziwnie słodką rozkoszą.
    Przypomniała sobie nagle słowa matki.
    Esmeralda nie jest zła. Interweniuje tam, gdzie bez jej pomocy na pewno zdarzyłoby się nieszczęście.
    Czyżby więc..? Czy to ona teraz…? Crystal bała się pociągnąć dalej tę myśl, tak duże byłoby jej rozczarowanie, gdyby okazało się, że jednak nie miała racji.
    Nie wiedziała, jak długo obca moc unosiła ją w przestworzach, zanim odzyskała siły do tego stopnia, by nie potrzebować wsparcia. Wtedy poczuła, że pokrzepiająca obecność powoli się wycofuje, a następne zupełnie znika. Najwyraźniej tytanka, jeśli to rzeczywiście była ona, nie chciała zniewalać młodej elfki.
    Miała za to świadomość, że jest już niemal u kresu podróży, skupiła się więc na zmniejszeniu prędkości do takiego poziomu, który pozwoli jej nie minąć celu i bezpieczne wejść w jego atmosferę. Tuż przed nią było olbrzymie, czerwonopomarańczowe, rozżarzone do granic możliwości słońce, które jej lud nazywał Atmą, i jego układ planetarny. Dziewięć różnorodnych światów. Okrążyła najpierw trzecią planetę od słońca, lecz był to skalisty, bardzo gorący i z całą pewnością nie zamieszkany glob.
    Czyli czwarta. Świat, który jawił się jej wyostrzonemu wzrokowi, składał się cały z błękitu oceanów i zieloności lądów, który to kolor roślinności był dla Crystal niezwykły. Gdzieniegdzie widziała rozległą piaszczystą pustynię lub łańcuch groźnych gór, a na obu biegunach lodowe pokrywy. Planeta ta była spowita mieszaniną gazów o składzie idealnym dla ludzkiego ciała i w wielu miejscach przykryta warstwą chmur.
    A więc to był właśnie Enem.



    Znalazła jakieś spokojne miejsce na skraju zielonego, liściastego lasu. W pobliżu nic się nie poruszało, wyjąwszy bujające się na wietrze gałęzie. Była z tego zadowolona, ponieważ wolałaby na razie uniknąć spotkania z tubylcami, dopóki nie dowie się więcej o ich naturze.
    Natychmiast po transformacji do postaci dziewczynki upadła niemal bez ducha na trawę, nie tak miękką i w zupełnie innym kolorze niż ta na Velis. Wczołgała się jeszcze do cienia rzucanego przez jedno z najbliżej rosnących drzew, nie będąc pewna, czego może spodziewać się po gorącym i bardzo jaskrawym świetle Atmy, i zapadła w mocny sen bez żadnych majaków.
    Kiedy się zbudziła, dzień chylił się już ku zachodowi. Odzyskała siły do tego stopnia, by móc się porozglądać i zastanowić się, jak zdoła odnaleźć siedzibę Esmeraldy. Usiadła i objęła rękoma kolana w obronnym geście. Dopiero w tej chwili zaczęła tak naprawdę się bać. Pomyślała o dużych, drapieżnych zwierzętach, które mogły czaić się w pobliżu, być może już obserwowały ją z ukrycia… Pomyślała o istotach na wpół dzikich, które bez pytania zabijały każdego, kto nie należał do ich plemienia. Przypomniała sobie o trzaskającym zimnie i wielu innych zagrożeniach czyhających na gwiezdne elfy na obcych planetach, przed którymi ostrzegali ją rodzice i nauczyciele. A ona była przecież tylko małą dziewczynką, która znalazła się sama jedna bardzo daleko od domu i mogła się bronić, jedynie przemieniając się w słup ognia i dopiero w tej postaci uciekając. Nie była pewna, czy zebrała już dość mocy do kolejnej transformacji, wolała więc nie kusić losu.
    Ale jak do tej pory towarzystwa dotrzymywały jej tylko ptaki w gałęziach drzew oraz owady i małe stworzenia w trawie. Przyglądała się przez pewien czas zielonemu zwierzątku o smukłym ciele i długim ogonie, z czterema rozstawionymi na boki kończynami. Stworzenie nie miało piór ani sierści. Poruszało się bardzo zwinnie i szybko zniknęło w trawie. Nigdy nie widziała takiego stworzenia na rodzinnej planecie.
    Zaraz potem roześmiała się w duchu, przypomniawszy sobie niedawny lęk przed mocnym światłem tutejszego słońca. Na Velis nigdy nie oglądała tak intensywnego, wręcz porażającego blasku, ponieważ gwiazda była niemal stale przesłonięta warstwą pastelowych obłoków. W tym świecie niebo miało barwę głębokiego lazuru i nie wędrowała po nim ani jedna chmurka. Ale przecież ona sama była ogniem i zwykle promieniowanie słoneczne nie mogło wyrządzić jej krzywdy. Gdyby zderzyła się z gwiazdą w przestrzeni kosmicznej, pewnie nie miałaby prawa wyjść z tego bez szwanku, jednak podróż poprzez czarną pustkę należała już do przeszłości.
    Jej oczy będą musiały jakoś przywyknąć do tej zmiany. Wyszła z leśnej kryjówki na skraj łąki, odważnie stając w złocistym blasku zachodzącej Atmy. Teraz należało postanowić, co ma robić dalej. Zapytanie któregoś z tubylców o drogę raczej nie było najlepszym pomysłem, będzie więc musiała samodzielnie odnaleźć wysepkę tytanki. Nawet jeśli będzie to oznaczało konieczność przeszukania calutkiej planety kawałek po kawałku. Miała tylko nadzieję, że noc, stale panująca nad połową globu, nie ukryje skutecznie tego miejsca przed jej bystrym wzrokiem.
    Była już gotowa do transformacji, więc nie zwlekała dłużej. Miała teraz możliwość dokładnego przyjrzenia się temu nowemu światu. Szybko zorientowała się, że Enem zamieszkuje tylko jeden gatunek rozumnych istot, łudząco podobnych do gwiezdnych elfów, lecz o wiele mocniej związanych ze swoją cielesną i zarazem jedyną postacią. Nic nie wskazywało na to, by ludzie z Enemu posiadali zdolność ognistej przemiany, na szczęście owo podobieństwo mogło bardzo ułatwić nawiązanie kontaktu.
    Cywilizacja na Enemie była rozwinięta dość nierównomiernie. Crystal zobaczyła wielkie miasta pełne wygód i wynalazków technicznych, których mieszkańcy mieli dość czasu, by oddawać się rozrywkom, ale także kraje, gdzie życie toczyło się jak przed wiekami. Małe chatki były przycupnięte w lasach, w dolinach rzek lub w sąsiedztwie jezior i mórz, a ludność utrzymywała się z tego, co ciężką pracą wyrwała bezlitosnej naturze. Po raz pierwszy elfka ujrzała pola uprawne i krzątających się po nich robotników. W jej świecie jedynym sposobem na pozyskiwanie żywności, której pobratymcy Crystal potrzebowali zresztą niewiele, było zbieractwo.
    Postanowiła odłożyć na później zbadanie kultur Enemu. Teraz była już zmęczona i głodna, dlatego chciała jak najszybciej dotrzeć do celu. Zniżyła lot i skupiła się wyłącznie na przyglądaniu się wybrzeżom lądów. Wyspa, której szukała, mogła być położona dosłownie wszędzie, nawet na środku oceanu lub większego jeziora, a linia brzegowa tego świata była bardzo rozwinięta. To mogło potrwać kilka dni, a nawet całe tygodnie…
    Już miała zamiar się poddać, poszukać owoców na posiłek i bezpiecznego miejsca na odpoczynek, gdy nagle zauważyła silnie błyszczący punkcik przy brzegu jednego z lądów w strefie podzwrotnikowej. Jakby światło słońca odbijało się, nienaturalnie wzmocnione, od dużej powierzchni ze szkła lub przezroczystego minerału. Ten blask pulsował regularnie, przygasając na krótko i znów rozjarzając się z pełną mocą. Crystal zatrzymała się gwałtownie, zdumiona do granic możliwości. Czyżby to znów Esmeralda przychodziła jej z pomocą, w ten sposób nakierowując młodą elfkę na właściwą drogę?
    Nie myśląc wiele, wylądowała we wskazanym miejscu, zmieniając od razu postać. Tak, to była wyspa tytanki. Skalista, niedostępna góra pośrodku i szklana wieża na jej szczycie. Cała reszta na przemian równinna oraz pokryta łagodnymi wzniesieniami, porośnięta ciepłym, zielonym lasem i poprzecinana licznymi, subtelnie szemrzącymi strumieniami. Przepiękne miejsce, w którym chciałoby się zostać już na zawsze.
    „Tylko w nocy, kiedy będzie spała.”
    Po dziecinnemu uczepiła się tej niedorzecznej myśli, choć Esmeralda najprawdopodobniej od samego początku wiedziała o jej obecności. Ukrywanie się na wyspie nie miało żadnego sensu. Postanowiła jednak, że za nic w świecie nie wejdzie do wieży przed zachodem słońca, pomna na słowa matki.
    Na tej długości geograficznej dzień miał potrwać jeszcze kilka godzin, Crystal nie musiała się więc spieszyć. Znalazła kępę drzew z gałęziami obwieszonymi mnóstwem dużych, żółtozielonych owoców, które wyglądały na jadalne. Ich miąższ okazał się smaczny i wspaniale soczysty, dziewczynka zaspokoiła więc głód do syta, a potem napiła się wody ze strumienia.
    Na koniec położyła się na trawie obok jednego z wielkich głazów, który dawał jej choćby namiastkę schronienia. Odpłynęła w lekką drzemkę, czekając niecierpliwie na koniec dnia.

    Pierwszą rzeczą, którą zauważyła tuż po przebudzeniu, były dwa księżyce Enemu, większy i mniejszy, które tej nocy lśniły bardzo jasno nad wyspą. Góra i sama wieża, odbijająca ich blask, odcinały się wyraźnie na tle szafirowego nieba. Crystal szła powoli w kierunku siedziby tytanki, zastanawiając się przy tym, jak ma dostać się na szczyt.
    Oczywiście mogła znów się transformować, to byłoby najłatwiejsze. Postanowiła jednak spróbować tradycyjnego wejścia po skałach. Bała się, że lot płomienia zaalarmuje Esmeraldę, wyrwie ją nawet z najgłębszego snu i wyczuli na wszelkie zmiany energii w otoczeniu. Jeżeli Crystal wkradnie się do pałacu bezszelestnie w postaci dziecka, jej zuchwałość musi pozostać niezauważona.
    Nigdy do tej pory nie uprawiała wysokogórskiej wspinaczki i nie była pewna, czy sobie poradzi. Blask księżyców nie docierał do każdego załomu stromego wzniesienia i często ogarniała ją całkowita ciemność, która wciąż budziła w niej obawę. Lecz nie miała aż do tej chwili pojęcia, jak wiele potrafi ciało gwiezdnego elfa, szczególnie tak młode i pełne żywotnych sił. Stawiała małe stopy na odrywających się od powierzchni kamieniach tak lekko, jakby stąpała po dywanie z traw, i pewnie chwytała dłońmi skalne wypustki. Przyzwyczajona już do poruszania się w trzech wymiarach, nie miała ani odrobiny lęku wysokości. Choć zachowała pozór człowieczej formy, jej ruchy nie miały w sobie niemal nic ludzkiego, jakby ciało jej nie ciążyło, a grawitacja nie ograniczała. Gdyby zobaczył ją w tym momencie ktoś z miejscowych, pomyślałby, że to jakaś duża, zwinna jaszczurka wślizguje się na szczyt.
    Miała stamtąd doskonały widok na rozległą panoramę wyspy, cieśniny morskiej oraz fragmentu wybrzeża, a wszystko to było skąpane w tajemniczym świetle nocy. Nie był to jednak czas na podziwianie krajobrazu. Nie marnując już nawet chwili, pchnęła naraz oba skrzydła szklanych wrót. Ustąpiły zadziwiająco łatwo, jakby tytanka nigdy ich zamykała.
    Znalazła się w obszernej komnacie z kolumnami, rzucającymi ostre cienie w białym świetle księżyców, które bez przeszkód wnikało do wnętrza wieży przez jej szklane ściany, i kolorową mozaiką na posadzce. Jedynym meblem były kamienne ławy, ustawione w regularny czworobok. Komnata była chyba czymś w rodzaju poczekalni lub sali spotkań. Zauważyła wreszcie spiralne schody w jednym z narożników i zaczęła się na nie wspinać, stawiając bose stopy niemal bezgłośnie na kolejnych kamiennych podestach.
    Następna komnata mogła być salą tronową. Na podwyższeniu, do którego wiodło cztery czy pięć szerokich stopni, stało duże kamienne krzesło, proste, jakby jego twórca połączył ze sobą kilka ledwo ociosanych skalnych bloków, za to bogato inkrustowane złotem i szlachetnymi minerałami. Zwłaszcza zagłówek niemal skrzył się w księżycowym świetle od ozdób. Pod ścianami znajdowały się jakieś szafki i półki, a marmurowa posadzka miała jasnoszary, biało cętkowany wzór. Tron był pusty, w pozostałej części sali Crystal również nikogo nie dostrzegła.
    Kolejna kondygnacja. Znów tylko meble, w większości kamienne i chyba niektóre drewniane, i żadnej żywej istoty. Na nich porozstawiane rozmaite przedmioty, których przeznaczenia wolała się na razie nie domyślać. Środek komnaty zajmował duży, szary, marmurowy stół, zastawiony mnóstwem misek, talerzy i kubków, a otaczały go szerokie ławy i taborety. Posadzka znów mieniła się wielością barw, lecz ich układ był z całą pewnością inny niż ten w dolnej komnacie.
    Crystal pokonała więc kolejną porcję schodów. Nie mogła oprzeć się uczuciu, że wkrótce w jej życiu zajdzie jakaś bardzo wielka zmiana. Serce łomotało jej w piersi zarówno ze strachu, jak też ogromnego przyjęcia, lecz za nic w świecie nie wycofałaby się teraz, gdy tytanka była już tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki.
    Weszła do komnaty, której centralną część zajmował wielki kamienny postument. Spoczywała na nim jakaś ludzka istota. Crystal podeszła bliżej, stąpając tak delikatnie jak nigdy wcześniej. Kobieta zdawała się pogrążona we śnie. Jej postać okrywał od ramion w dół płat misternie tkanej materii o barwie głębokiego granatu, która połyskiwała srebrzyście w blasku księżyców. W ułożeniu ciała było coś nienaturalnego, jakby kobieta nawet we śnie nie rozluźniała się całkowicie, opierając o twarde łoże tylko głowę, barki, biodra i stopy. Zupełnie jakby część jej umysłu musiała stale czuwać. Samo sypianie na czymś tak niewygodnym, bez miękkiego posłania, bez żadnych poduszek już było wystarczająco niezwykłe. Jasne włosy, długie i delikatnie falowane, rozsypywały się swobodnie na postumencie. Twarz była pociągła, o szlachetnych, nieco twardych rysach, lekko zwężająca się ku podbródkowi, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, wysokim czołem i pełnymi wargami zaciśniętymi w wąską linię.
    Crystal z zachwytem przyglądała się jej równym brwiom i długim rzęsom, które rzucały cień na białe policzki. Długo syciła oczy zakazanym pięknem, po raz kolejny zdumiewając się, że pomimo tak wielu przeszkód udało jej się dotrzeć do samego końca drogi. Aż wreszcie poczuła, że już wystarczy. Powinna wymknąć się z wieży, zanim tytanka się obudzi, i przymierzać się do powrotu na Velis.
    Nie zdawała sobie sprawy, że przez cały ten czas wstrzymywała oddech, częściowo z emocji, a częściowo dlatego, by nie powodować nawet najlżejszego hałasu. W przypływie radości, że jej plan tak doskonale się powiódł, bezwiednie wypuściła powietrze z płuc. Tak cichy dźwięk w zupełności wystarczył, by kobieta momentalnie wróciła do przytomności i gwałtownie zerwała się na równe nogi, krzycząc coś w nieznanym elfce języku.
    Crystal też krzyknęła z przestrachu i szybko cofnęła się o parę kroków. Tytanka uniosła prawą dłoń, wykonała nią nieznaczny ruch i natychmiast cała komnata rozjaśniła się mocnym, białym światłem.
    Kiedy Esmeralda ujrzała nocnego gościa, jej spojrzenie wyraźnie złagodniało.
    – Ach, to nareszcie ty. Czekałam na ciebie – tym razem jej słowa były całkowicie zrozumiałe dla dziewczynki, a brzmienie głosu przyjemne i melodyjne. A potem dodała jeszcze bardziej miękko:
    – Crystal.
    – Skąd wiesz, jak mam na... – reszta słów uwięzła w gardle elfki, gdy pojawiło się nagłe zrozumienie. Tytani to wszechwiedzący władcy Galaktyki. Tak opowiadała jej matka. Czy było coś, czego ta istota NIE wiedziała…?
    Mogła teraz przyjrzeć się tytance w całej okazałości. Esmeralda była tak bardzo wysoka, że przerastała najwyższe kobiety z Velis jeszcze co najmniej o głowę. Trzynastoletnia, drobna Crystal sięgała jej zaledwie do pasa. Jednocześnie była zgrabna i smukła. Miała na sobie tylko krótką szatę w jasnym kolorze, odkrywającą całe ramiona i większą część nóg. Sukienka była ściągnięta paskiem z tego samego materiału, uwydatniając cienką talię i szczupłe, lecz kształtne biodra. Skóra tytanki była jasna i bez najmniejszej skazy. Na przegubach rąk miała kilka bransolet z różnobarwnych kamieni.
    – Witaj, moja mała. Cieszę się, że twoja podróż przebiegła bez żadnych niemiłych wypadków. Zresztą ułatwiałam ją jak tylko mogłam.
    Esmeralda ruszyła w stronę dziewczynki. Tego było już dla Crystal zbyt wiele. Popędziła ile sił w nogach w kierunku schodów, z zamiarem wybiegnięcia z wieży i natychmiastowego dokonania przemiany. Gdyby mogła, zrobiłaby to już teraz, lecz płomień elfów nie zdołałby przeniknąć przez szklaną taflę. Nawet jeśli nie pomknie od razu na domu, to przynajmniej ukryje się gdzieś na tym świecie, w takim miejscu, do którego tytanka za nią nie podąży.
    – Stój! Poczekaj! – Esmeralda wyciągnęła przed siebie obie ręce, jakby rzeczywiście chciała schwycić elfkę. Ton jej głosu nie był ostry, ale na pewno przynaglający i pełen zdecydowania.
    Crystal wiedziała już, że nie ma najmniejszych szans. Z tak długimi nogami tytanka doścignie ją w mgnieniu oka. Lecz na to, co stało się w ciągu kilku kolejnych chwil, zupełnie nie była przygotowana. Poczuła, że spada na nią z góry jakaś obszerna, miękka tkanina, być może ta sama, która wcześniej okrywała śpiącą Esmeraldę. Próbowała ściągnąć ją z siebie, lecz tylko coraz bardziej się zaplątywała, walcząc zaciekle jak morskie stworzenie schwytane w sieć. Zaraz potem zdała sobie sprawę, że oplotły ją ramiona tytanki, zaciskając się wokół elfki z siłą stalowych obcęgów. Crystal była tak oszołomiona tym niespodziewanym dotykiem, że zapomniała nawet krzyczeć. O ile krzyk miał jakikolwiek sens, bo w promieniu wielu mil nie było nikogo, kto mógłby przyjść jej z pomocą.
    Wrzasnęła za to Esmeralda, wysokim, przenikliwym głosem, tak bardzo nie pasującym do jej imponującego wzrostu. Zdawało się, że będzie tak krzyczeć bez końca. Przestała dopiero wtedy, gdy Crystal nareszcie wyswobodziła się z jej uścisku i odskoczyła na bezpieczną odległość, porzucając chwilowo myśl o ucieczce.
    To, co ujrzała, ścięło jej z przerażenia krew w żyłach. Wszędzie tam, gdzie ciało tytanki było odsłonięte, a więc na twarzy, ramionach i nogach, pojawiły się ogniście czerwone pręgi i pęcherze, a w wielu miejscach skóra była całkowicie zwęglona. Po niedawnej olśniewającej urodzie nie pozostał nawet ślad. Oblicze Esmeraldy ściągnięte było w wyrazie niewymownej męki, lecz oczy pozostały suche. Być może nic nie było w stanie wycisnąć z nich łez.
    Crystal nie wiedziała, czy ma teraz płakać, krzyczeć, uciekać gdzie pieprz rośnie, czy zwymiotować, a może wszystko naraz. Jeżeli wcześniej miała poczucie, że zdarzenia, które sama przecież spowodowała, zdecydowanie ją przerosły, to teraz zwielokrotniło się ono tysiąckrotnie.
    – Co ci się stało? Dlaczego tak wyglądasz? Czy to moja wina? – dopytywała się gorączkowo, pragnąc, by tytanka zaprzeczyła...
    – Czyżbyś naprawdę nie wiedziała? Czy nikt ci do tej pory nie powiedział? – Esmeralda wybuchnęła obłąkańczym śmiechem.
    – Ale o czym?
    – Dotyk gwiezdnego elfa jest nie do zniesienia dla wszystkich istot stworzonych z ciała. Dla tych, u których materia przeważa nad energią. Masz w sobie bardzo wiele ognia, Crystal, i możesz używać go jako broni, paląc ciała swoich wrogów. Nie wolno ci nawet głaskać zwierząt. Na Velis jest inaczej, bo cała przyroda planety pozostaje ze sobą w symbiozie, ale dla tutejszych zwierząt stanowisz zagrożenie. Tylko rośliny i skały nie poddają się niszczycielskiemu działaniu płomienia gwiezdnych dzieci.
    Jak dobrze, że nie dotknęłam wczoraj żadnego żywego stworzenia, przemknęło elfce przez myśl. Rzeczywiście nikt jej nigdy nie mówił o takich sprawach. Spędziła całe dzieciństwo wśród rodaków i często bawiła się z okolicznymi zwierzątkami, nie widząc w tym nic niewłaściwego. Międzyplanetarne podróże i kontakty z obcymi cywilizacjami były wciąż jeszcze przed nią. Zdobyła tę wiedzę przedwcześnie i w sposób bardzo bolesny… dla kogoś, kogo nie chciałaby skrzywdzić za nic w świecie.
    – Skoro wiedziałaś, że tak się stanie, to po co mnie dotknęłaś?! – wykrzyknęła nagle, a potem zaczęła wreszcie płakać z bezradności i rozpaczy. – Po co się tak na mnie rzuciłaś?
    Esmeralda długo nie odpowiadała, aż w końcu odezwała się cicho:
    – Tylko w taki sposób mogłam cię zatrzymać. Sądziłam, że płaszcz choć trochę stłumi ogień, ale ty bardzo się szarpałaś… i niechcący sprawiłaś mi ból.
    – Czy zależy ci na tym, żebym nie odchodziła? – spytała Crystal jeszcze ciszej, już prawie szeptem, spoglądając wprost w jasnobrązowe oczy tytanki, wydłużone i wąskie.
    Tym razem w ogóle nie doczekała się odpowiedzi. Esmeralda skinęła tylko prawie niedostrzegalnie głową, jakby niechętnie przyznawała się do ludzkich słabości. Podniosła granatową tkaninę i na powrót podeszła do łoża, stąpając z nieznacznym trudem po barwnej mozaice. Dziewczynka ruszyła za nią, pamiętając o trzymaniu się w odpowiedniej odległości.
    – Czy mogłabym jakoś ci pomóc? – spytała, pociągając żałośnie nosem.
    – To nic wielkiego, Crystal. Nie musisz przejmować się moimi obrażeniami. Jeżeli potraktujesz w podobny sposób któregoś ze zwykłych mieszkańców tego świata, zostawisz mu brzydkie blizny na resztę życia, a może nawet przyprawisz o śmierć. Moje ciało poradzi sobie z tym. Potrzebuję tylko kilku godzin solidnej regeneracji.
    Poruszyła szybko prawą dłonią i mocne światło zgasło. Komnata znów była pogrążona w ciemności, nie licząc blasku księżyców. Esmeralda ułożyła się po dawnemu na postumencie, który zastępował jej łóżko, i powtórnie przykryła migotliwą tkaniną, nie zważając na ból i rany.
    – Jeśli nie odpocznę dobrze w nocy – powiedziała jeszcze – mój umysł za dnia nie jest wystarczająco silny. Wiele złego może się wtedy wydarzyć… Nie budź mnie po raz drugi. Porozmawiamy jutro.
    Zaraz po tych słowach zasnęła. Crystal długo przyglądała się jej poparzonej twarzy. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że największe rany zaczynają się już powoli zasklepiać. Ten uzdrawiający proces obiecywał rychły powrót piękna, które tak bardzo urzekło młodą elfkę. Wytarła wierzchem dłoni zapłakane oczy, rozmazując łzy po policzkach.
    Podeszła do szklanej ściany i oparła o nią obie dłonie. Popatrzyła na ledwo widoczną ciemną panoramę wyspy, a potem zbliżyła się do spiralnych schodów. Pora już wracać na Velis. Rodzice na pewno bardzo martwią się jej zniknięciem. Miała dziwne przeczucie, że jeśli teraz wyjdzie z wieży, tytanka nie będzie próbowała jej zatrzymywać. Gwiaździsta noc umożliwi elfce wytyczenie właściwego kursu.
    Jednak… Rzuciła niepewne spojrzenie w kierunku kamiennego postumentu, a następnie znów stanęła przy wezgłowiu Esmeraldy. Jej sen wydawał się znacznie głębszy niż poprzednio. Tytanka podczas regeneracji nie odczuwała żadnego bólu, bo jej pierś wznosiła się i opadała miarowo w rytm spokojnych oddechów.
    Crystal pomyślała z pewnym zaskoczeniem, że Esmeralda wygląda na tak bardzo… Tak, to było właśnie to słowo. Kruchą. Tak straszliwie nie pasujące do jej potęgi i wszechwiedzy, o których mówiła Elina. Jako tytaniczny duch była niezwyciężona, ale w tej postaci wydawała się krucha, bezbronna i potrzebująca pomocy. W tamtym momencie Crystal powzięła postanowienie, że zrobi wszystko, co tylko w jej mocy, by wspierać i chronić tę dziwną istotę.
    Uniosła rękę i dotknęła samymi tylko opuszkami palców włosów Esmeraldy. Pomarańczowozłote błyski zatańczyły wokół jej dłoni, czym prędzej więc ją cofnęła. Obiecuję, że nigdy więcej, póki będę żyła, nie dotknę cię, powiedziała z nagłą determinacją jedynie w myślach, bojąc się zaryzykować choćby najcichszy szept.
    Teraz tutaj było jej miejsce, nie na Velis.
    Usiadła na posadzce, opierając się plecami o zimny kamień. Miała zamiar doczekać w ten sposób poranka, lecz głowa sama opadła jej na ramię, myśli splątały się i wreszcie Crystal, zmęczona nadmiarem emocji i silnym płaczem, także pogrążyła się w zbawiennym, krzepiącym śnie.


    c. d. n.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz