Crystal stała w promieniach wschodzącego słońca na samym skraju stromego urwiska. W dole wzburzone morze hałaśliwie kipiało, kotłowało się i raz po raz uderzało falami z rykiem w skaliste ściany, a za jej plecami wiatr poświstywał w koronach wyrośniętych brzóz.
Dzień na tym malowniczym wybrzeżu budził się szybko, słońce śmiało wychylało się spoza pierzyny różowiejących obłoków i oddzielona wąskim pasem wody wyspa była już widoczna w całej swej krasie, wraz z niedostępną górą i samą wieżą. A tam, może w sali tronowej, a może nawet na jej tarasie...
Mocny podmuch wiatru rozwiał ciemne włosy dziewczyny, a przejrzysta szata zafurkotała wokół ud i na chwilę przylgnęła ściśle do jej szczupłego, lecz kształtnego ciała. Łzy wciąż płynęły z oczu elfki. Skórzany worek ze swoją kolekcją figurek rzuciła kilka metrów dalej. Kolejny ostry przypływ bólu spowodował, że Crystal osunęła się na kolana i niemal zgięła w pół. W tym uczuciu była zarówno złość, strach, niedowierzanie i bunt, ale przede wszystkim bezgraniczna rozpacz.
⎼ Nie, nie, nie… Nie rób mi tego, Esmeraldo… ⎼ szepnęła, jakby to mogło cokolwiek zmienić.
Powróciła we wspomnieniach do sceny, którą ujrzała tak niedawno w wieży. Zanim stamtąd odleciała… Esmeralda, jej piękna tytanka, którą Crystal od dawna już posiadała na własność, jedyna tak cudowna istota w całym nieskończonym wszechświecie. I ta druga, tamta mała dziewczynka. Ktoś, kogo Crystal spotkała na równinach Velis. Dziecko, któremu ona sama opowiedziała parę tygodni temu o Esmeraldzie.
Jak Esmeralda mogła tak szybko o niej zapomnieć? Tak natychmiast odmienić serce? Najwidoczniej Crystal za prędko dorosła, a tytanka potrzebowała świeżej krwi, chciała następnej naiwnej, młodziutkiej elfki. Powinna ostrzec Requitę, jeśli jeszcze nie jest za późno. Niech mała natychmiast ucieka jak najdalej stąd. Ale jeśli dziewczynka ma już naszyjnik tytanki, to nie posłucha nikogo i jest zgubiona tak samo jak nieszczęsna Crystal.
Na ładne usta dziewczyny wpełznął nagle nieprzyjemny grymas. Nie. Nie pomoże Requicie, nie wyprowadzi jej z wieży. Jeśli tamta okazała się wystarczająco zuchwała, by przywłaszczyć sobie Esmeraldę i zająć miejsce Crystal, niech wypije do dna napój, którego sobie nawarzyła. Niech przejdzie do końca tę samą bolesną drogę, pewnego dnia identycznie obdarta ze złudzeń i słodkich marzeń. Po tym, co jej zrobiła, Requita nie zasługiwała na nic lepszego.
Ale czy mała nie jest tylko kolejną ofiarą własnej ciekawości i żądzy przygód…? Przecież to Esmeralda podejmuje wszystkie decyzje w tej części Kosmosu, prawie nie schodząc ze swego kamiennego tronu.
Nie, dość już tych jałowych rozważań. Trzeba postanowić, co dalej.
⎼ Co mam teraz zrobić? ⎼ zapytała głośno samą siebie i nawet łzy wreszcie obeschły, jakby powoli nadchodził kres rozpaczy.
Miała dwadzieścia dwa lata, a ostatnie dziesięć poświęciła… nie, zmarnowała je dla tytanki. Ale wciąż jeszcze była młoda i mogła ułożyć sobie życie całkiem inaczej. Tylko musi najpierw opuścić tę dziwną planetę. Enem to nie jest miejsce dla gwiezdnego elfa.
Ale jak ma to zrobić? Naszyjnik, który wciąż nosiła, nie pozwoli jej oddalić się od Wyspy Zagubionych Snów na odległość, która dzieliła to miejsce od jej rodzinnej Velis, na dłużej niż kilka dni. Potem ból i tęsknota za Esmeraldą staną się nie do wytrzymania, a kamień zacznie ciążyć na szyi jak głaz. Wciąż była trzymana na niewidzialnej uwięzi.
Wiedziała od samego początku, że naszyjnika nie da się w żaden sposób zdjąć. Łańcuch nie miał zapięcia, stanowił niepodzielną całość. Nie mogła go też tak zwyczajnie przeciągnąć przez głowę. Nie to, by był za krótki… Ale nie dawało się go unieść do góry, jakby magia tytanki przytrzymywała go bezlitośnie na miejscu. Może powinna polecieć tam jeszcze raz i poprosić Esmeraldę o odebranie niechcianej już ozdoby? Wstrzymała oddech na samą myśl o czymś tak ryzykownym. Nie miała pojęcia, co mogłoby się wydarzyć, gdyby znów stanęła oko w oko z tamtą istotą. A jeśli emocje wypłynęłyby z niej w obecności Esmeraldy niepowstrzymanym, szerokim strumieniem i w rezultacie na zawsze zostałaby więźniem tej wysepki?
Nie, jeśli naprawdę chce odejść, nie wolno jej prosić tytanki o pozwolenie. Musi dokonać tego o własnych siłach.
Nagle wyprostowała się na całą wysokość, jakby była marionetką pociąganą za sznurki, i intensywnie wpatrując się w miejsce, gdzie szklana wieża lśniła jak diament w promieniach młodego słońca, zakrzyknęła dziwnym, nieswoim głosem:
⎼ Enetabei!
Słyszała już wcześniej to słowo, kilka razy wyrwało się nawet z jej własnych ust. Pomimo to wciąż nie miała pojęcia, co ono oznacza, i jakoś nigdy nie miała śmiałości, by spytać o nie Esmeraldę. Nieważne. Teraz już się nie dowie i szczerze mówiąc, zupełnie jej to nie obchodziło.
Opadła znów wyczerpana na trawę, odzyskując nad sobą panowanie. Magiczna chwila minęła bezpowrotnie.
Wzięła w dłoń wiszący na jej szyi klejnot i uważnie mu się przyjrzała może już po raz tysięczny. Był to zwykły kremowobiały, subtelnie opalizujący sopel, z łagodnym zaokrągleniem na końcu, opleciony siateczką cienkich złotych nitek. W lepszych czasach uwielbiała przyglądać się tajemniczej grze świateł w kamieniu. Kto mógłby przypuszczać, że w tak niepozornym przedmiocie kryła się wielka i nieujarzmiona moc?
Prawie nie wiedząc, co robi, szarpnęła za łańcuch. Niczego to nie dało, więc pociągnęła jeszcze parę razy, mocniej, bardziej gwałtownie, a potem już szarpała obiema dłońmi z całej siły, nie przejmując się tym, że w ten sposób za chwilę oderwie sobie głowę. Nie wierzyła, że coś tak szalonego może się udać, jak wielkie było więc zdumienie dziewczyny, gdy łańcuszek nagle pękł i klejnot zsunął się z jej szyi po raz pierwszy od dziewięciu lat. Pozwoliła mu spaść na kolana, a następnie na ziemię, i wyczerpana walką, łapiąc rozpaczliwie hausty powietrza, przyglądała się czarodziejskiemu artefaktowi jakby niewidzącym, szklanym spojrzeniem.
Na jej szyi pojawiła się krwawa pręga, a kilka rubinowych kropel trysnęło na suknię, ale Crystal się tym nie przejmowała. Rany gwiezdnych elfów, istot stworzonych jakby z samej świetlistej energii, a nie z kruchego i podatnego na zepsucie ciała, goiły się bardzo szybko.
Była więc wolna, otwierała się przed nią właśnie teraz zupełnie czysta, gotowa do zapisania karta. Po kilku długich minutach wstała, chwyciła naszyjnik, przelotnie muskając wzrokiem rozdarte złote ogniwa, i prędko, jakby obawiając się, że jeszcze może zmienić zdanie, z całej siły cisnęła klejnot do morza. Przelewające się nieustannie fale natychmiast go pochłonęły, unosząc na nieznane wody i mielizny.
Crystal znów omiotła spojrzeniem całą jakże znajomą okolicę, szczególnie długo wpatrując się w zarys wyspy. To był jej dom przez ostatnie dziewięć lat, a teraz być może nigdy więcej nie zobaczy już tego miejsca. Wspomnienia Wyspy Zagubionych Snów i enemskiego wybrzeża powoli zatrą się w jej pamięci, zastąpione nowymi widokami i wrażeniami.
Potrząsnęła głową w geście gwałtownego zaprzeczenia. Nie, to nigdy nie była jej prawdziwa ojczyzna. Wszystkie elfy przynależą zawsze do pięknej Velis, i ona sama także.
Ale jak jej teraz dobrze… Nic już jej nie obchodzi, niczego nie pragnie. Nic jej nie boli i już nie będzie bolało. Miłość i ból, szczęście i cierpienie – to ludzki koszmar… Elfy nigdy nie cierpią długo ani intensywnie… Jak dobrze… Jakie błękitne niebo i ptaki jak pięknie śpiewają… Położyć się w miękkiej trawie i nie myśleć o niczym… O, tak… Jak wygodnie, jak miło… Spać… Nie myśleć o niczym i nie czuć nic… Spać długo…
Gdy po wielu godzinach nieprzytomnego snu bez żadnych majaków Crystal doszła ponownie do siebie, nie pozwalała już sobie na żal i nostalgię. Nie spoglądając ani razu na przeciwległy brzeg kanału, chwyciła swój cenny worek, zamieniła się w słup żywego ognia i z szybkością błyskawicy uniosła wysoko w przestrzeń, ponad powierzchnię planety, ku rojom błyszczących jasno gwiazd.
Kolejne dziewięć lat później rybak z okolicznej wioski Erwine, imieniem Brag, wyłowił przypadkiem z morza zagadkowy przedmiot, który zaniósł wraz z resztą zdobyczy do swojej chaty.
Ale to jest już całkiem inna opowieść.
c. d. n.
Ale czy mała nie jest tylko kolejną ofiarą własnej ciekawości i żądzy przygód…? Przecież to Esmeralda podejmuje wszystkie decyzje w tej części Kosmosu, prawie nie schodząc ze swego kamiennego tronu.
Nie, dość już tych jałowych rozważań. Trzeba postanowić, co dalej.
⎼ Co mam teraz zrobić? ⎼ zapytała głośno samą siebie i nawet łzy wreszcie obeschły, jakby powoli nadchodził kres rozpaczy.
Miała dwadzieścia dwa lata, a ostatnie dziesięć poświęciła… nie, zmarnowała je dla tytanki. Ale wciąż jeszcze była młoda i mogła ułożyć sobie życie całkiem inaczej. Tylko musi najpierw opuścić tę dziwną planetę. Enem to nie jest miejsce dla gwiezdnego elfa.
Ale jak ma to zrobić? Naszyjnik, który wciąż nosiła, nie pozwoli jej oddalić się od Wyspy Zagubionych Snów na odległość, która dzieliła to miejsce od jej rodzinnej Velis, na dłużej niż kilka dni. Potem ból i tęsknota za Esmeraldą staną się nie do wytrzymania, a kamień zacznie ciążyć na szyi jak głaz. Wciąż była trzymana na niewidzialnej uwięzi.
Wiedziała od samego początku, że naszyjnika nie da się w żaden sposób zdjąć. Łańcuch nie miał zapięcia, stanowił niepodzielną całość. Nie mogła go też tak zwyczajnie przeciągnąć przez głowę. Nie to, by był za krótki… Ale nie dawało się go unieść do góry, jakby magia tytanki przytrzymywała go bezlitośnie na miejscu. Może powinna polecieć tam jeszcze raz i poprosić Esmeraldę o odebranie niechcianej już ozdoby? Wstrzymała oddech na samą myśl o czymś tak ryzykownym. Nie miała pojęcia, co mogłoby się wydarzyć, gdyby znów stanęła oko w oko z tamtą istotą. A jeśli emocje wypłynęłyby z niej w obecności Esmeraldy niepowstrzymanym, szerokim strumieniem i w rezultacie na zawsze zostałaby więźniem tej wysepki?
Nie, jeśli naprawdę chce odejść, nie wolno jej prosić tytanki o pozwolenie. Musi dokonać tego o własnych siłach.
Nagle wyprostowała się na całą wysokość, jakby była marionetką pociąganą za sznurki, i intensywnie wpatrując się w miejsce, gdzie szklana wieża lśniła jak diament w promieniach młodego słońca, zakrzyknęła dziwnym, nieswoim głosem:
⎼ Enetabei!
Słyszała już wcześniej to słowo, kilka razy wyrwało się nawet z jej własnych ust. Pomimo to wciąż nie miała pojęcia, co ono oznacza, i jakoś nigdy nie miała śmiałości, by spytać o nie Esmeraldę. Nieważne. Teraz już się nie dowie i szczerze mówiąc, zupełnie jej to nie obchodziło.
Opadła znów wyczerpana na trawę, odzyskując nad sobą panowanie. Magiczna chwila minęła bezpowrotnie.
Wzięła w dłoń wiszący na jej szyi klejnot i uważnie mu się przyjrzała może już po raz tysięczny. Był to zwykły kremowobiały, subtelnie opalizujący sopel, z łagodnym zaokrągleniem na końcu, opleciony siateczką cienkich złotych nitek. W lepszych czasach uwielbiała przyglądać się tajemniczej grze świateł w kamieniu. Kto mógłby przypuszczać, że w tak niepozornym przedmiocie kryła się wielka i nieujarzmiona moc?
Prawie nie wiedząc, co robi, szarpnęła za łańcuch. Niczego to nie dało, więc pociągnęła jeszcze parę razy, mocniej, bardziej gwałtownie, a potem już szarpała obiema dłońmi z całej siły, nie przejmując się tym, że w ten sposób za chwilę oderwie sobie głowę. Nie wierzyła, że coś tak szalonego może się udać, jak wielkie było więc zdumienie dziewczyny, gdy łańcuszek nagle pękł i klejnot zsunął się z jej szyi po raz pierwszy od dziewięciu lat. Pozwoliła mu spaść na kolana, a następnie na ziemię, i wyczerpana walką, łapiąc rozpaczliwie hausty powietrza, przyglądała się czarodziejskiemu artefaktowi jakby niewidzącym, szklanym spojrzeniem.
Na jej szyi pojawiła się krwawa pręga, a kilka rubinowych kropel trysnęło na suknię, ale Crystal się tym nie przejmowała. Rany gwiezdnych elfów, istot stworzonych jakby z samej świetlistej energii, a nie z kruchego i podatnego na zepsucie ciała, goiły się bardzo szybko.
Była więc wolna, otwierała się przed nią właśnie teraz zupełnie czysta, gotowa do zapisania karta. Po kilku długich minutach wstała, chwyciła naszyjnik, przelotnie muskając wzrokiem rozdarte złote ogniwa, i prędko, jakby obawiając się, że jeszcze może zmienić zdanie, z całej siły cisnęła klejnot do morza. Przelewające się nieustannie fale natychmiast go pochłonęły, unosząc na nieznane wody i mielizny.
Crystal znów omiotła spojrzeniem całą jakże znajomą okolicę, szczególnie długo wpatrując się w zarys wyspy. To był jej dom przez ostatnie dziewięć lat, a teraz być może nigdy więcej nie zobaczy już tego miejsca. Wspomnienia Wyspy Zagubionych Snów i enemskiego wybrzeża powoli zatrą się w jej pamięci, zastąpione nowymi widokami i wrażeniami.
Potrząsnęła głową w geście gwałtownego zaprzeczenia. Nie, to nigdy nie była jej prawdziwa ojczyzna. Wszystkie elfy przynależą zawsze do pięknej Velis, i ona sama także.
Ale jak jej teraz dobrze… Nic już jej nie obchodzi, niczego nie pragnie. Nic jej nie boli i już nie będzie bolało. Miłość i ból, szczęście i cierpienie – to ludzki koszmar… Elfy nigdy nie cierpią długo ani intensywnie… Jak dobrze… Jakie błękitne niebo i ptaki jak pięknie śpiewają… Położyć się w miękkiej trawie i nie myśleć o niczym… O, tak… Jak wygodnie, jak miło… Spać… Nie myśleć o niczym i nie czuć nic… Spać długo…
Gdy po wielu godzinach nieprzytomnego snu bez żadnych majaków Crystal doszła ponownie do siebie, nie pozwalała już sobie na żal i nostalgię. Nie spoglądając ani razu na przeciwległy brzeg kanału, chwyciła swój cenny worek, zamieniła się w słup żywego ognia i z szybkością błyskawicy uniosła wysoko w przestrzeń, ponad powierzchnię planety, ku rojom błyszczących jasno gwiazd.
Kolejne dziewięć lat później rybak z okolicznej wioski Erwine, imieniem Brag, wyłowił przypadkiem z morza zagadkowy przedmiot, który zaniósł wraz z resztą zdobyczy do swojej chaty.
Ale to jest już całkiem inna opowieść.
c. d. n.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz