niedziela, 26 stycznia 2025

Rozdział 1 - Crystal opuszcza dom


    Dziewięć lat wcześniej, na planecie Velis…


    Jak wspaniale było brnąć tak przed siebie poprzez łan wysokich pomarańczowych traw, poprzez ten kobierzec cudownie miękki i uginający się pod każdym jej stąpnięciem. Brnąć, potem znów biegnąć, zatrzymywać się, chwytać oddech i na powrót sunąć powoli naprzód, aż do nieosiągalnego krańca rozległej łąki. Śpiewać głośno i milknąć, wsłuchując się w szum tego jaskrawego morza i odgłosy licznego łąkowego ptactwa.
    – Crystal! Poczekaj! – dobiegło ją wołanie matki, podążającej wytrwale za dziewczynką i niosącej koszyk pełen dorodnych owoców.
    Drobna brązowowłosa dziewczynka przystanęła i nie ruszyła się z miejsca, aż Elina zrównała się z nią i czule, lecz krótko pogłaskała córkę po ramieniu. Potem sięgnęła do wnętrza kosza, wyplecionego z trzciny zebranej nad pobliskim jeziorem, i podała Crystal jeden złocisty owoc nirando.
    – Masz, zjedz to. Od rana nie tknęłaś niczego do jedzenia. Co się z tobą dzieje, Crystal? Dlaczego wciąż mi uciekasz i pędzisz nie wiadomo dokąd?
    Dziewczynka nie odpowiedziała. Pozornie zajęła się jedzeniem i zdawała się nie zwracać uwagi nawet na ściekający po jej brodzie bladożółty sok. W rzeczywistości jednak nie wiedziała, jak miałaby mówić z Eliną o tych dziwnych, niepojętych nawet dla niej samej tęsknotach, które od niedawna rodziły się w jej sercu.
    Teraz szły już razem, matka w różowej sukni, a dziewczynka w pomarańczowej, trawiastej. Stroje nie przykrywały zbyt wiele, pozostawiając odsłonięte kolana i całe ramiona. Dodatkowo elfki podkreślały smukłość talii, przewiązując sukienkę szerokim pasem z tego samego materiału. I tylko tyle, ta rasa nie znała wierzchnich ubrań ani żadnego obuwia. Wprawdzie esencja gwiezdnych elfów była stworzona z samej tylko energii światła, ale jednak trzeba było czymś choć trochę okryć tę wstydliwą, materialną, ludzką powłokę...
    To prawda, ostatnio Crystal zakochała się w tych samotnych wędrówkach bez celu, w niezmierzonych przestrzeniach lądu, w pogoniach za horyzontem, który wciąż jej umykał. Chciała nacieszyć się pięknem planety sama, bez obecności innej świadomej istoty. Matce, która do tej pory lubiła mieć ją przy sobie, ta zmiana zdecydowanie się nie podobała.
    Dziewczynka spróbowała jednak mówić o tym, co grało jej w duszy.
    – Mam często uczucie, że chciałabym stać się tym całym światem wokół – zatoczyła ręką łuk. – Złączyć się z nim, zlać w jedno. Być wszędzie i wszystkim. Całą Velis. Słyszeć uszami ptaków, spoglądać oczami jezior. Nie być jedynie sobą…
    Elina popatrzyła na nią ze zdziwieniem.
    – Przecież poznasz cały świat, tę planetę i wiele innych, gdy dobrze nauczysz się transformować. Jeśli tego chcesz, możesz podróżować, dopóki nie założysz rodziny. Wtedy znów osiądziesz w jednym miejscu.
    – Ale nie tylko o to chodzi… – szepnęła dziewczynka.
    – Moja droga Crystal, nie możesz być niczym innym jak tylko sobą – w głosie matki pobrzmiewało zarówno rozbawienie, jak i irytacja. – Taka jest kolej rzeczy. A jeśli już mówimy o zmianach, to pewnie ćwiczyłaś dziś transformację?
    – N-nie. Nie ćwiczyłam.
    – No widzisz. Nie robisz tego, co jest najważniejsze w twoim wieku. Zamiast przykładać się solidnie do nauki, pogrążasz się w beznadziejnych marzeniach. To nie może dłużej trwać, Crystal.
    – Poćwiczę jutro, obiecuję.
    – Tak myślę. Sama zresztą tego dopilnuję. Wciąż masz zbyt mało wprawy, by transformować się bez niczyjej pomocy.
    Dziewczynka spojrzała w górę. Niebo pokryte było zwykle warstwą pastelowych obłoków, spoza których przeświecało nieśmiało blade słońce. Klimat w tym świecie był niezwykle łagodny, nie było upału ani oślepiającego światła, ani chłodów zimy.
    W tym jednak momencie słońce zniżało się ku horyzontowi, przymierzając się do zachodzenia. Dochodziły już do rzadkiego lasu, w którym na ogół przebywała rodzina Crystal. Był to więc chyba jej dom. Korony drzew o bladoniebieskich pniach nie były gęste i przepuszczały w ciągu dnia dużo światła, co czyniło to miejsce pogodnym i doskonałym do zamieszkania.
    Crystal z wahaniem ujęła dłoń matki, jakby na przeprosiny, a Elina odpowiedziała leciutkim uśmiechem.

    Zarówno Crystal, jak i Elina należały do rasy gwiezdnych elfów, niezwykłych istot, które przemierzają Galaktykę jako kule energii z prędkością wielokrotnie przewyższającą prędkość światła, a ich domem jest planeta, którą oni sami zwą Velis.
    Imię ojca Crystal brzmiało Dor. Elina i Dor stanowili nierozłączną parę i bardzo cieszyli się swoją śliczną córeczką. Opiekowała się nią przeważnie matka. Trzymała mocno w swojej smukłej, wąskiej dłoni małą rączkę Crystal i przekazywała dziewczynce własną bogatą wiedzę o świecie. Uczyła ją, dlaczego Detemera, słońce ich świata, rano wschodzi, a wieczorem zachodzi, czym są mrugające punkciki na czarnym niebie, po co istnieje woda, rośliny i zwierzęta, a także, że powinno się być dobrym, łagodnym, mieć miłosierdzie dla wszelkiego stworzenia, ale żadnego się nie lękać. Mówiła jej o tym, że w jaki sposób przemieszczają się elfy i że kiedy Crystal będzie starsza, też zamieni się w kulę światła i poszybuje ku dalekim konstelacjom, a na razie odbywała jedynie próbne loty w towarzystwie matki na rodzinnej planecie.


    W lesie dziewczynka zdała sobie chyba po raz pierwszy sprawę, że jej ojciec Dor, choć zwykle jest niedaleko, nie spędza już tak wiele czasu z matką. Być może miłość pomiędzy nimi nie była obecnie tak silna jak w pierwszych latach związku. Crystal była ich jedynym dzieckiem, choć gwiezdne elfy rzadko nie miewają braci ani sióstr. Urodziła się, gdy oboje byli jeszcze bardzo młodzi.
    Zjedli lekką kolację, złożoną wyłącznie z owoców, orzechów i kubka źródlanej wody do popicia. Noc zapadła już całkowicie, a chmury nieco się rozstąpiły na te kilka godzin i jedyny księżyc planety błyszczał tym razem jasno jak chyba nigdy dotąd, będąc w pełni. Elina wstała, wygładziła rękoma dół sukni i powiedziała:
    – Chodźmy nad jezioro, Crystal. To doskonała okazja, by popatrzeć przed snem na gwiazdy.
    Wyszły więc obie na rozległy teren, gdzie korony drzew nie zasłaniały nieba. Brzeg jeziora był spadzisty, choć niezbyt strony, a w dole rozciągała się nieduża piaszczysta plaża. Nie były tutaj jedynymi żywymi istotami. W pewnym oddaleniu można było dostrzec sylwetki innych elfów spragnionych widoku gwiazd, wśród których najwięcej było zakochanych par.
    Siadły na samym brzegu stromizny. Elina otoczyła ramionami kolana i oparła na nich kształtną głowę, otoczoną burzą ciemnych włosów, pozwalając sobie na wytchnienie po długim dniu. Crystal za to siadła prosto, po dziecięcemu, zanurzając stopy w ciepłym piasku zbocza. Intensywny blask księżyca nieco tłumił światło gwiazd, lecz i tak były one tej nocy doskonale widoczne. Dziewczynka zaczęła przypominać sobie nazwy popularnych gwiazdozbiorów, które usłyszała od rodziców. Szczególnie interesowała ją jedna z gwiazd, błyszcząca bardzo jasno w konstelacji nazywanej wśród jej ludu Łabędziem.




    – Mamo, opowiedz o Atmie. Opowiedz mi jeszcze raz o tytance – odezwała się cicho. Pomimo łagodności jej głosu te słowa były jak ostry nóż, tnący niemal nabożną ciszę.
    Elina wzruszyła ramionami.
    – Po co? Nie powinnaś nadmiernie się nią interesować. To istota, która stoi tak wysoko ponad nami, jak gwiazdy wznoszą się ponad ziemią. Nic nam do niej ani jej do nas.
    – Ale ja lubię o niej słuchać. Mamo, proszę…
    – Dobrze. A więc tę gwiazdę, jak już wiesz, nazywamy Atmą – wyciągnęła rękę, by wskazać córce błyszczący punkcik. Przy tym ruchu sznury muszelek na jej szyi zagrzechotały lekko. Ozdoby były tą częścią stroju, z której elfy, a przede wszystkim elfki, nie umiały zrezygnować.
    – Jedna z jej planet to Enem. Trzecia lub czwarta, nie pamiętam dokładnie. Tytanka, która tak mocno cię interesuje, zamieszkuje podobno pewną małą wysepkę na tym świecie. Nikt nie umie powiedzieć, od jak dawna tam jest, ponieważ tytani są nieśmiertelni, lub przynajmniej niezwykle długowieczni. A więc dla miejscowych była na wyspie od zawsze… Tytani to wszechwiedzący władcy Galaktyki. Jeśli tylko zechcą, mogą widzieć i słyszeć wszystko, co dzieje się w promieniu wielu lat świetlnych. Mogą wpływać na dowolne wydarzenie samą tylko wolą, pomniejsze istoty nazywają to potem opatrznością boską lub zrządzeniem losu. Mogą wnikać do serc i myśli podległych im istot, a nawet do ich snów. Przybierają cielesne postaci, piękne lub przerażające, ale esencja tytana to czysta energia, w jeszcze większym stopniu niż dzieje się to u nas. Tylko ich duch jest nieśmiertelny i może wcielać się w materię wiele razy, aż jego siła życiowa się wyczerpie, i wówczas następuje ostateczny kres tytana. Oddaje wtedy swoją energię kosmosowi i stapia się z nim w wieczne, nieświadome JEDNO… Nasza starszyzna mówi, że obecnie żyje w galaktyce kilkunastu tytanów, może dwudziestu kilku. Nikt nie zdołał ich wszystkich poznać i policzyć.
    – Istota, o której mówimy – ciągnęła – ma postać podobną do ludzkiej, postać pięknej kobiety. Ludy, które wiedzą o jej istnieniu, nazywają ją Esmeraldą, bo prawdopodobnie sama kazała się tak zwać w zamierzchłej przeszłości. Ale jakie imię nosi dla samej siebie, jako tytaniczny duch, nie wie nikt ze śmiertelnych. Teraz uważaj, Crystal, na to, co ci powiem – głos Eliny stał się nagle ostrzejszy, już nie tak rozmarzony. – Chodzą słuchy, że młode elfy, które ciekawość zawiodła na wyspę tytanki, nigdy już nie wracały do domu. Nikt z bliskich nigdy więcej ich nie widział. Dlatego masz trzymać się od niej z daleka. Nie zbliżaj się do planety Enem pod żadnym pozorem i nie waż się nawet spojrzeć na tę Esmeraldę. Nie uda ci się postawić stopy w tym miejscu tak, by nie dowiedziała się o twojej obecności.
    – A gdyby akurat spała?
    To pytanie wyraźnie zaskoczyło Elinę. Chyba nie miała pojęcia, czy tytanka kiedykolwiek sypia i czy wtedy jej moc słabnie. Wzruszyła więc powtórnie ramionami.
    – Nie wiem – odezwała się wreszcie – ale to wciąż zbyt niebezpieczne.
    – Ale skoro jest tak potężna, że może sterować moimi myślami i pragnieniami, to skąd mam wiedzieć, co jest moje, a co pochodzi od niej?
    – Nie będziesz tego wiedzieć, Crystal. Być może nawet w tej w chwili słucha naszej rozmowy.
    Dziewczynka odruchowo obejrzała się za siebie, jakby mogła w ten sposób schwytać intruza na gorącym uczynku. Oczywiście z istotą pokroju Esmeraldy nie było to takie proste. Zadrżała bezwiednie ze strachu. Widząc to, Elina dodała prędko, jakby nagle zdała sobie sprawę, że posunęła się w swych ostrzeżeniach za daleko:
    – Esmeralda nie jest wcale zła. Starszyzna mawia, że jej miłosierdzie i poświęcenie niekiedy nie znają granic. Wielokrotnie niosła samą myślą pomoc tam, gdzie bez jej interwencji zdarzyłoby się nieszczęście, i wielu stworzeniom podarowała ulgę w cierpieniu. Jednak wciąż wiemy o niej zbyt mało.
    Crystal nic na to nie odpowiedziała. Siedziały tak jeszcze przez jakiś czas w ciszy, przypatrując się jasnemu księżycowi i gwiazdom, dopóki matka nie dała znaku do powrotu.

    Tej nocy Crystal długo nie mogła zasnąć. Podniosła się w końcu ze swojego legowiska z liści, wymoszczonego pod dużym blękitnolistnym drzewem, i uważając pilnie, by nie obudzić rodziców ani innym śpiących w pobliżu elfów, wydostała się niepostrzeżenie z lasu. Nie zastanawiając się długo, skierowała swe kroki w kierunku urwiska, na którym tak niedawno rozmawiała z Eliną.
    Zauważyła, że księżyc zdążył się już przesunąć mocno w kierunku zachodu, a nad jeziorem panowała błoga cisza, nie mącona niczyją obecnością, lecz poza tym nic się tam nie zmieniło. Przystanęła na chwilę bez ruchu i w uroczystym skupieniu delektowała się pięknem otoczenia.
    Na planecie nie było drapieżnych zwierząt, które zagrażałyby elfom, a roślinożerny byli łagodni, płochliwi i na ogół niewielkich rozmiarów. Elfy nie zjadały ich mięsa, zadowalając się w pełni darami ziemi. Na Velis nie istniała także druga rozumna rasa, z którą lud Crystal musiałby walczyć o dominację. Klimat na całym globie był sprzyjający, bez ekstremalnych zjawisk takich jak susze, upały czy przenikliwe zimno, i bez wyniszczających kataklizmów pogodowych. Prawie połowę planety pokrywały lądy, a wśród krajobrazów przeważały bezkresne pomarańczowe łąki, lasy liściaste oraz malownicze pojezierza i rozległe doliny rzek. Ziemie te urozmaicały także majestatyczne skaliste łańcuchy górskie, które nie stanowiły żadnej przeszkody dla gwiezdnych elfów, zdolnych do ognistych transformacji i przemierzania wielkich połaci lądów oraz krystalicznie czystych mórz właśnie w takiej niezniszczalnej formie.
    Nikt nie dziwił się więc temu, że wszystkie elfy, przebywające akurat w dowolnym zakątku kosmosu, zgodnie nazywały swój dom Piękną Velis.
    Dziewczynka znów zaczęła przyglądać się gwieździe zwanej Atmą. Pewien plan kiełkował w jej głowie od kilku godzin, ale jeszcze się przed nim wzbraniała, przejęta wątpliwościami matki. Biorąc pod uwagę jej bardzo niewielkie doświadczenie w przemieszczaniu się w tej drugiej postaci, tak szaleńczy plan nie miał prawa się powieść. Nie ćwiczyła transformacji co najmniej od tygodnia i teraz zaczynała bardzo tego żałować.
    To, co zamierzała, było więc dla niej krańcowo niebezpieczne, i to nie tylko ze względu na niewiadomą, jaką stanowiła tytanka. Elfy tak młode jak ona nie zapuszczały się jeszcze w niezmierzone głębie kosmicznej próżni, zadowalając się wycieczkami w różne zakątki rodzinnego świata, i to zawsze w towarzystwie starszych opiekunów. Gdyby elf nie miał dość siły, by dokończyć podróż, cząstki jego płomienia mogłyby rozprysnąć się w czarnej pustce, nigdy więcej nie stając się na powrót całością. Jednym słowem, Crystal groziła tam najzwyczajniejsza pod wszystkimi słońcami śmierć.
    Dlatego musiała potrenować najpierw tu, na miejscu. Na szczęście miała już za sobą kilka pomyślnych przemian, nie była więc zupełną nowicjuszką. Zmarszczyła czoło, zebrała wszystkie siły, nawet podskoczyła dla lepszego efektu… i jest! Nareszcie udało się! Nie wyglądała już jak trzynastoletnie ludzkie dziecko. Stała się czystym, pomarańczowożółtym ogniem. Nie przerywając ani na chwilę skupienia, zaczęła unosić się coraz wyżej nad powierzchnią planety, aż w końcu wysokość stała się odległością i Crystal, która w tej formie wciąż mogła widzieć i słyszeć, miała teraz pod sobą jak na dłoni całą Velis.
    Wykonała kilka spokojnych okrążeń wokół globu, podziwiając cudowne widoki. Pomyślała o tym, jak bardzo Elina byłaby dumna, gdyby ją teraz zobaczyła. Tak, albo natychmiast sprałaby mnie na kwaśne jabłko za tak wielką samowolę, dodała kwaśno w duchu. Wylądowała dokładnie w tym samym miejscu, tylko lekko zaróżowiona. Jeszcze nie była zmęczona, ale to miało się wkrótce zmienić, ponieważ powtórnie się uniosła i zrobiła parę następnych obrotów, a potem jeszcze kilka, znów i znów, coraz szybciej.
    Opadła w końcu na trawę, chwytając z trudem powietrze i ociekając potem na całym ciele. Zwinęła się w kłębek i leżała cichutko, czekając, aż uspokoi się kołatanie jej małego serca. Zrozumiała, że nie ma sensu dłużej tak krążyć, bo już niczego więcej się w ten sposób nie nauczy, straci tylko wszystkie siły i będzie musiała przełożyć tę podróż na inną okazję.
    Odpoczywała więc, niemal się nie poruszając, tak długo, aż poczuła, że jest już zdolna do kolejnego, tym razem o wiele większego wysiłku. Wstała i po raz ostatni rozejrzała się po znajomej okolicy, jakby próbowała zapamiętać każdy szczegół. Wyjątkowo długo patrzyła w kierunku lasu, gdzie zostali jej rodzice. Potem zaś odbiła się od ziemi i znów przemieniła w płomień. Opuściła atmosferę planety i nareszcie wystartowała w kierunku upragnionego układu gwiezdnego, nie mając pojęcia, co ją tam spotka.
    Oddalając się, rzuciła Velis jeszcze jedno tęskne, rozkochane spojrzenie.
    Niedługo tu wrócę, Piękna, pomyślała.

    
    c. d. n. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz