wtorek, 21 stycznia 2025

Słowo wstępne do „Wyspy Zagubionych Snów”


    Ponowne pisanie „Wyspy Zagubionych Snów” będzie dla mnie jak spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem, lub nawet więcej, będzie jak zwrot ku dawnej sobie. Czeka mnie wymagająca podróż na wstecznym biegu, której rezultatu nie jestem w stanie przewidzieć. Nie wiem jeszcze, czy będę potrafiła w aktualnym momencie życia pisać moją opowieść z takim samym zaangażowaniem i pasją, czy zdołam włożyć w nią tak ogromną dawkę emocji, jaką przed laty wykrzesała z siebie młoda dziewczyna, pełna wiary w swoją literacką misję i we własne umiejętności w tej dziedzinie. Przeżyte traumy oraz rozczarowujące odkrycia na temat literatury, świata i mnie samej zrobiły niestety swoje. Pomimo to chcę spróbować, chcę po raz kolejny zawalczyć o siebie jako pisarkę, a także dać tej historii drugie życie.

    Wcześniejsza wersja książki składała się z dwóch części. Pierwszą, krótszą, ukazującą wydarzenia przede wszystkim oczami Crystal, napisałam w wieku zaledwie dwudziestu lat jako opowiadanie, nie powieść. Część drugą, bardziej rozbudowaną, w której role głównych bohaterek przejęły Ajana oraz jej rówieśnica Requita, niegdysiejsza rywalka Crystal, napisałam w końcówce studiów. Jednak to Crystal na zawsze pozostała mi najbliższa. Jest moim brązowowłosym alter ego, posiada też wielką wrażliwość oraz intensywność uczuć, którymi nie zostały obdarzone jej młodsze koleżanki. W aktualnej wersji ten podział na dwie odrębne części nie jest już tak ostry.
    
    Nie dawało się ukryć, że pierwsza wersja „Wyspy Zagubionych Snów” była w największym stopniu opowieścią o miłości oraz o jej pragnieniu. Także tej miłości kontrowersyjnej, kobiety do innej kobiety. W wersji obecnej ta miłosna intensywność zostanie nieco złagodzona, a bohaterki będą wyrażać swoje wewnętrzne stany w sposób mniej krańcowy. Większą rolę odegrają – oprócz tych uczuciowych – również wątki przygodowe i fantasy. Wzmocnione zostaną postaci mężczyzn, a ich głos w tej opowieści będzie bardziej słyszalny niż w pierwszym podejściu, skoncentrowanym głównie na potrzebach i przeżyciach elfek oraz ludzkich kobiet.

    W mojej pamięci na zawsze pozostanie wydarzenie, które rozegrało się już bardzo wiele lat temu, na trzecim roku moich studiów w Radomiu. Brałam wtedy udział, wraz z grupą innych studentów oraz naszym opiekunem, w obozie naukowym w polskich Tatrach. Mieszkaliśmy przez kilka dni w odizolowanym od cywilizacji schronisku, którego nazwy nie jestem już w stanie sobie przypomnieć. Profesor postanowił zorganizować coś w rodzaju wieczoru zapoznawczego dla nowych uczestników. Mieliśmy opowiedzieć reszcie coś o sobie, o swoich pasjach, podróżach bądź planach na życie. Ponieważ w tym właśnie czasie rodziła się pierwsza wersja mojej książki i nawet miałam przy sobie rękopis, postanowiłam zapoznać kolegów i koleżanki z tą opowieścią. Niestety nie została ona przyjęta entuzjastycznie. Dowiedziałam się chociażby, że książka jest zbyt długa, zaś profesor powiedział coś w rodzaju: „Zawsze staram się uchwycić klimat dzieła, jego przewodnią myśl, a tutaj widzę przede wszystkim wielkie wołanie o miłość”. Dodał jeszcze: „Musisz zdecydować, czy piszesz książkę dla ludzi, czy piszesz pamiętnik”.

    Moje zdanie jest natomiast takie, że „Wyspa Zagubionych Snów” pamiętnikiem nie była i nadal nie jest, ponieważ nie odnosi się bezpośrednio do faktycznych życiowych doświadczeń. Jest jedynie wytworem fantazji autorki. Choć z drugiej strony nie da się ukryć, że zawsze piszę tak, jak mi w duszy gra, nie starając się wpasować w aktualnie pisarskie trendy i trafić w czytelnicze gusta. Piszę po to, by uwolnić emocje i wyrazić samą siebie poprzez opowiadane historie. Piszę zawsze „dla ludzi”, o ile ktoś zechce sięgnąć po tę publikację, choć niekoniecznie dla tych najbliższych czy dalszych znajomych. Bowiem osoby, które mnie znają, zawsze będą dopatrywać się na kartach tych książek śladów mojej osoby, a ja chciałabym dać „Wyspie Zagubionych Snów” oraz pozostałym opowieściom własne życie, niekoniecznie splecione z moim osobistym. Jest również prawdą, że przewodnim motywem tej książki jest miłość, jej przemożne pragnienie oraz dążenie do spełnienia w tym względzie, niekiedy rozpaczliwe i nie przynoszące wystarczających efektów. Moje doświadczenie mówi, że to właśnie ona jest tą rzeczą główną i najważniejszą w naszym życiu, miłość kierowana zawsze na zewnątrz samego 
/-ej siebie, ku komuś lub czemuś, wbrew twierdzeniom współczesnej pop-psychologii, która nakazuje szukać zaspokojenia przede wszystkim w sobie i w pierwszej kolejności „kochać” siebie. Tymczasem nikt z nas nie jest samotną wyspą i nie może przetrwać, fizycznie ani emocjonalnie, bez obecności innych żywych istot.

    Drugie podejście do „Wyspy Zagubionych Snów” zrobiłam na początku 2021 r., czyli dokładnie cztery lata temu. Zdołałam wtedy napisać prolog, dwa pierwsze rozdziały i fragment trzeciego, zanim cały proces utknął w martwym punkcie. Nie wiem już teraz, dlaczego tak się stało. Prawdopodobnie obawiałam się, że nie uda mi się pogodzić własnego pisania z innymi, pilniejszymi zajęciami, takimi jak praca w szkole czy prowadzenie Wydawnictwa Inspiracje. A może bałam się, że ktoś mi znów w tym przeszkodzi, i wolałam nie kusić losu...? W tej chwili nie jest to już tak bardzo ważne. Otrzymuję jako pisarka od życia kolejną szansę i postaram się jej nie zmarnować.

    Mogę powiedzieć, że moja pisarska droga od początku była naszpikowana wybojami, które z czasem stawały się coraz większe i nie były równoważone żadnymi znaczącymi sukcesami. Nie otrzymałam wystarczającego wsparcia w żadnej ze swoich dwóch rodzin, dlatego nie będę podpisywać publikacji żadnym z dwóch oficjalnie używanych nazwisk, lecz przybieram nowe – takie, które jest tylko moje. Pisarstwo w moim wykonaniu było traktowane w najlepszym razie jako nieistotne hobby, a w najgorszym jako zawada w prawdziwym życiu. Mam za sobą wielokrotne kasowanie kont w serwisach literackich oraz blogów, własnoręczne zniszczenie dwóch laptopów oraz wyrzucanie książek i wydruków do pobliskiego śmietnika, jak również całe mnóstwo potężnego emocjonalnego cierpienia, wstydu oraz wiele przepłakanych godzin. Tylko w taki dość radykalny sposób, kierując agresję na moją twórczość, będącą przedmiotem krytyki, potrafiłam ulżyć sobie psychicznie w swojej bezradości wobec osób, od których byłam/jestem życiowo zależna. Bywałam więc postrzegana jako ktoś niestabilny emocjonalnie i niegodny zaufania, przez co pewne moje znajomości bezpowrotnie się rozpadły. Przypuszczam, że obecnie nie zachowałabym się już w podobny sposób, lecz potraktowałabym cudze słowa po prostu jako jego/jej osobistą opinię. Trzymałabym też więcej język za zębami, zamiast przesadnie wynosić na piedestał moją literacką i wydawniczą misję, oraz skupiłabym się na tym, co rzeczywiście naważniejsze, zamiast chwytać dziesięć srok za ogon. Niestety, w tamtych chwilach moje wybory wydawały mi się słuszne, a ich skutków nie da się już cofnąć. Jedynym, co o mogę zadbać, to przyszłość.

    O ile mnie pamięć nie myli, elektroniczna wersja tej młodzieńczej „Wyspy Zagubionych Snów” została bezpowrotnie zniszczona w 2012 r., wraz ze „śmiercią” pierwszego z laptopów. Na szczęście udało mi się odzyskać jedyny wydrukowany egzemplarz, który został w „starym” mieszkaniu w Radomiu. Leżał on sobie spokojnie przez kolejne lata, aż nastąpiła druga „wielka czystka” – oby już ostatnia w życiu – w 2019 r. Jedyna kopia książki wylądowała w osiedlowym śmietniku. Jeśli ktoś ma ochotę w tym momencie skrytykować moje postępowanie, to przypominam, że nie było go wtedy razem ze mną w mojej głowie, nie ma więc pojęcia, co się w niej działo. Kiedy już ochłonęłam, próbowałam odzyskać tekst od znajomych, którzy mogli jakimś cudem zachować go na swoim komputerze (powieść była przez pewien czas dostępna w Internecie). Niestety bezskutecznie. Udało mi się ściągnąć niektóre rozdziały z serwisów literackich Opowiadania.pl i Fabrica Librorum, gdzie opublikowałam je kilkanaście lat temu, lecz nie wszystkie. Byłam tak zdeterminowana, że zwróciłam się o pomoc nawet do hakerów, którzy okazali się niestety oszustami, żądającymi zapłaty z góry za usługę, która nigdy nie miała zostać wykonana. Na szczęście nie przelałam im ani złotówki. Pozostała mi więc ulotna fragmentaryczna pamięć o tamtej pierwszej wersji książki oraz gotowość do wypełnienia luk nową treścią. Kto wie, może powieść okaże się nawet bardziej atrakcyjna dzięki temu, że nie będzie ulepszoną kopią poprzedniej wersji, lecz zbiorem całkiem nowych pomysłów...? To chyba jedyne i najlepsze, co mogę zrobić, by choć trochę wyrównać tamte emocjonalne krzywdy.

    Od 2017 r. prowadzę nieformalny jednoosobowy projekt o nazwie Wydawnictwo Inspiracje. W ramach tego projektu wydałam już w sumie 30 książek, w tym 9 mojego autorstwa pod pseudonimem Vanelia Ksantos oraz 21 książek innych autorów. Wcześniej zwykłam mawiać, że Wydawnictwo Inspiracje „będzie istniało do końca świata i jeden dzień dłużej”, to znaczy – że nigdy się nie poddam. Teraz jednak uważam, że porównanie mojego przedsięwzięcia do WOŚP jest nadużyciem. Jerzy Owsiak zrobił przecież ogromnie wiele dobrego, w szczególności dla polskich pacjentów, zaś bez moich książek i wpisów w Internecie świat nie straciłby wiele. Mówiłam też, że Wydawnictwo Inspiracje istnieje tylko dopóty, dopóki działa jego strona internetowa. Otóż tej strony już nie ma, nie publikuję także postów na profilu na Facebooku, działalność wydawnictwa została więc okrojona do samego przygotowania, druku i dystrybucji książek. Czyli zostawiłam tylko to, co najważniejsze, co jest sercem i zasadniczym celem projektu. Nigdy nie byłam wydawcą z prawdziwego zdarzenia, a jedynie zleceniobiorczynią, uzależnioną od woli i pieniędzy autorów.

    Usunięcie strony/bloga wydawało mi się przez długi czas nieszczęściem, rozwiązaniem ostatecznym, a jednak gdy to się stało, nie czuję żalu. Odzyskałam sporo cennego czasu, poza tym uważam, że żadne poświęcenie nie jest zbyt duże, gdy w grę wchodzi uwolnienie się od mediów społecznościowych, które stają się coraz bardziej wrogim środowiskiem, w szczególności dla kobiet. Nie umiałam postawić granic, a każdego współpracującego autora, ba, nawet każdą nowo poznaną osobę uważałam automatycznie za dobrego człowieka i przyjaciela, nic więc dziwnego, że stałam się łatwym celem manipulacji. Wykorzystano mnie wielokrotnie: emocjonalnie, finansowo, do świadczenia różnego rodzaju przysług. Wciskano mi kłamstwa, a następnie atakowano bądź ghostowano. Tak jak już wspomniałam, nadałam swoim działaniom nadmierny rozgłos, w „realu” oraz w mediach społecznościowych, rozgłos, który przyciągnął zbyt wiele uwagi negatywnej bądź zupełnie nie związanej z pracami wydawnictwa, uwagi skupionej na mojej osobie, a nie na książkach czy wpisach. Mam zamiar zresztą napisać o tym więcej w innej mojej publikacji o tytule „Nie tędy droga”. Obecnie wpółpracuję tylko z kilkorgiem wypróbowanych autorów i na razie nie poszukuję nowych.

    W zawodzie pisarza sukces lubi ciszę, więc dopóki książka nie zostanie ukończona, niech zasłona milczenia spadnie na mój akt twórczy. Powtórny rozgłos mógłby mi jedynie zaszkodzić, na nowo zniszczyć odzyskiwaną bardzo powoli radość z pisania. Szczególnie nie chcę słuchać pełnych zdumienia komentarzy „A to pani (jeszcze) pisze?”, zamiast wzbudzenia zainteresowania tym, c o  m a  b y ć  n a p i s a n e.

    Postanowiłam również, że spróbuję dotrzeć z nią do wydawców, co jeszcze do niedawna uważałabym za porażkę mojego planu na życie. Potrzebuję jednak wsparcia na każdym etapie publikacji książki, w szczególności podczas promocji i sprzedaży, z którymi zupełnie sobie nie radzę. Nie istnieje jeszcze sensowna alternatywa dla tradycyjnej dystrybucji poprzez księgarnie i salony prasowe, gdyż media społecznościowe oraz rozmaite serwisy sprzedażowe dla self-publisherów nie są – przynajmniej jeśli chodzi o mnie – żadnym rozwiązaniem w tym względzie. Jeśli nie będzie zainteresowania, wówczas wydam sama, w ramach Projektu Inspiracje, lub być może wydam na oba te sposoby. Poszukuję nowego pomysłu na siebie jako autorkę oraz na wydawnictwo, bardziej offline, nie opartego na mediach społecznościowych, lecz bardziej na tradycyjnych kontaktach twarzą w twarz.

    Daję sobie maksymalny czas na napisanie tej opowieści do końca 2025 r., a więc niepełny już obecnie rok. Fragmenty pochodzące z pierwszej wersji będą w tekście wyróżnione kursywą. W tym okresie będę oczywiście redagować także książki zaprzyjaźnionych autorów, być może zacznę też pisanie czegoś nowego. Niech więc to słowo wstępne będzie takim szczególnym listem do mnie samej z przyszłości. Zobaczymy, jak się to wszystko potoczy. Oby jak najlepiej.


    20 stycznia 2025 r.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz