Dzieło, z którym postanowiłam tym razem się zmierzyć, jest naprawdę wielkie i tak znaczące w polskiej literaturze fantastycznonaukowej, iż na samą myśl o podsumowaniu tej lektury ogarnia mnie poczucie niemocy. Chodzi o słynne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, monumentalny cykl opowiadań o przygodach kosmicznego podróżnika Ijona Tichego. Niniejsze wydanie nie zawiera oczywiście wszystkich tekstów z tej serii, która powstawała przez prawie 50 lat. Oprócz samych Podróży Ijona Tichego, nie tyle zatytułowanych, co ponumerowanych, i cyklu Ze wspomnień Ijona Tichego, do „Dzienników gwiazdowych” można zaliczyć wszystkie książki traktujące o tym bohaterze i jego wszechświecie, a więc „Wizję lokalną” i „Pokój na Ziemi”.
Tak naprawdę bardzo mało wiemy o Ijonie Tichym. Nie znamy jego biografii ani rodziny. Na Ziemię zagląda on rzadko, choć posiada mieszkanie, w którym zatrzymuje się podczas tych krótkich okresów wytchnienia. Większość czasu spędza w przestrzeni kosmicznej, przemieszczając się pomiędzy rozmaitymi układami gwiezdnymi i badając życie biologiczne oraz społeczne na ich planetach. Podczas owych podróży nie starzeje się ani specjalnie nie zmienia, a jego licznych przygód i doświadczeń wystarczyłoby na wypełnienie nie jednego, ale wielu żyć, lub obdzielenie nimi całego legionu ludzi. Jest „autorem” wszystkich książek o sobie, na każdej planecie szybko zaczyna się czuć jak w domu, a wśród jego znajomych znajdują się największe osobistości nauki przedstawionego świata.
Tematyka poruszona w „Dziennikach gwiazdowych” jest, wbrew pozorom, niezwykle poważna i doniosła. Pod przykrywką obcych planet Lem pokazuje cywilizację ludzką w krzywym zwierciadle, w rozmaitych jej aspektach – społecznym, politycznym, religijnym czy rozwoju nauki. Te inne planety wcale nie są tak bardzo inne, ponieważ jak mówi sam Tichy, większość z nich to po prostu ziemie na różnych etapach rozwoju, z mieszkańcami łudząco podobnymi do ludzi, a nawet jeśli biologicznie się od nas różnią, to mentalnie są właściwie naszą kopią. Pamiętajmy, że autor tworzył w większości w okresie PRL-u i ze względu na cenzurę nie mógł powiedzieć wszystkiego wprost. Dzięki przeniesieniu akcji w dalekie światy łatwiejsze było pokazanie różnych zagrożeń i absurdów życia człowieka, zarówno po naszej stronie „żelaznej kurtyny”, jak i w świecie kapitalistycznym.
Najdłuższa i moim zdaniem najważniejsza jest jednak Podróż dwudziesta pierwsza, czyli odwiedziny na planecie Dychtonii. Autor zastanawia się tutaj przede wszystkim nad kwestią wiary w Boga. Czy religia jest nadal potrzebna istotom, które osiągnęły wszechmoc, również w kwestii dowolnego przekształcania własnych ciał? Ograniczenia wynikające z cielesności przestały więc istnieć, a kwestie moralności zostały bardzo poluzowane. Seks służy głównie przyjemności, pojawiły się też kolejne płcie. Jak więc możemy zauważyć, już przez kilkudziesięciu laty Lem poruszał zagadnienia, które w obecnych czasach stają się coraz bardziej ważkie, powodując okopywanie się na skrajnych pozycjach i mocno polaryzując społeczeństwo. W takich warunkach wiarę zachowują już tylko roboty i komputery, które niczego od Boga nie oczekują, a jedynie uznają Jego istnienie i konieczność samoograniczenia, rezygnując z władzy czy przyjemności nawet tam, gdzie są one dostępne. Takie wnioski mogą doprawdy dziwić, gdy wychodzą spod pióra tak słabo określonej w kwestiach wiary jak Stanisław Lem.
W „Podróżach gwiazdowych” co rusz pojawiają się inteligentne maszyny, komputery oraz człekokształtne roboty, co również stanowi dziś bardzo aktualny i palący temat. Czy będą one dla człowieka pomocą, czy raczej zagrożeniem? W jakim stopniu powinniśmy pozwolić im na samoświadomość i przyznawać prawa? Czy nasze systemy prawne są w ogóle gotowe na pojawienie się inteligentnych bytów innych niż ludzkie? Czy będą one chciały zająć nasze miejsce? Czy da się jeszcze odróżnić człowieka od maszyny? Trudno więc zaprzeczyć, że także w tym względzie wizjonerstwo Lema wykraczało daleko poza własne czasy.
Ijon Tichy spotyka dość często naukowców genialnych, lecz jednocześnie szalonych i pozbawionych hamulców moralnych. Nawet ich wygląd jest na ogół dziwaczny, a maniery, mówiąc delikatnie, mocno nieuprzejme. Ich pierwowzorami w literaturze mogli być więc doktor Frankenstein z powieści Mary Shelley, profesor Challenger z „Zaginionego świata” Arthura Conan Doyle’a czy doktor Moreau z powieści Herberta George’a Wellsa. Pomimo to nasz bohater odwiedza tych szaleńców w ich siedzibach, czasem przypadkowo, a czasem umyślnie poszukując kontaktu z nimi, i zapoznaje się z ich unikalnymi, lecz jednocześnie wątpliwymi etycznie i dość niebezpiecznymi eksperymentami. Co wyniknie z każdego z tych spotkań, możecie odkryć sami dzięki lekturze owych opowiadań.
Książkę czyta się powoli, ponieważ wiele jej fragmentów to minimum akcji, a za to spora ilość opisów i rozmyślań filozoficznych. Jak większość dzieł Lema, jest to więc lektura trudna i wymagająca, a dla części czytelników zapewne nużąca i mało zrozumiała. Wymaga również choćby pobieżnej wiedzy z zakresu nauk ścisłych i przyrodniczych, jak chyba wszystkie dobre pozycje s-f, lecz Lem nie ogranicza się do tego, będąc erudytą w sensie ogólnym.
Jest to na pewno książka, która pozostaje w głowie na dłużej, zamiast szybko z niej ulecieć, jak wiele łatwiejszych w odbiorze powieści o charakterze czysto rozrywkowym. Polecam ją miłośnikom dzieł tego autora i całej literatury fantastycznonaukowej, ale także wszystkim osobom o otwartych umysłach, chcącym poszerzyć swoje intelektualne horyzonty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz