poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Recenzja książki „Toksyczna duchowość‟ Bernardo Stamateasa


    Z jednej strony, pomimo częstej krytyki Kościoła katolickiego oraz jego doktryny, a nawet treści zawartych w Biblii, wiara wciąż nie jest mi obojętna. Nie godzę się na tę wersję rzeczywistości, w której śmierć kończy wszystko. Pragnę kontynuacji życia w jakimś innym wymiarze, chociażby po to, by w tym podobno doskonałym świecie zrealizować wreszcie wszelkie zamierzenia nieosiągalne tu i teraz. Z drugiej jednak strony, religia zadała mi już wiele ran, niekoniecznie takich spektakularnych, które stają się skandalami w mediach, ale zwyczajnych, codziennych, systematycznie pogarszających stan mojej psychiki oraz jakość życia, i odbierających krok po kroku radość z niego. Dlatego zwracam uwagę na pozycje książkowe poruszające tego rodzaju tematykę, w celu zrozumienia mechanizmów kierujących systemami religijnymi, a także z nieśmiałą nadzieją, że zawarte w książce tezy pomogą mi się uleczyć, a następnie żyć pełniej i szczęśliwiej niż do tej pory.    

    Czy „Toksyczna duchowość” Bernardo Stamateasa spełniła te oczekiwania? Otóż nie do końca, a może nawet w żadnym stopniu nie wypełniła swojej cichej „obietnicy”. Zaraz wytłumaczę, dlaczego tak się stało. Autor pochodzi z Argentyny i jest z wykształcenia psychologiem oraz seksuologiem. Nie ma więc zbyt wiele wspólnego z religią. Jego podejście do tematyki przedstawionej w książce jest czysto psychologiczne, można nawet powiedzieć, że bardzo nowoczesne i liberalne, na poziomie przekazu „bądź sobą, wierz przede wszystkim w siebie i kochaj siebie, a innymi nie za bardzo się przejmuj”, czyli wszechobecny narcyzm XXI wieku. Słowo „wiara” co chwila pojawiające się w publikacji, można by więc spokojnie zastąpić określeniami „podejście do życia” czy „filozofia życia”, i książka nic by na tym nie straciła, a raczej zyskała. Ponieważ zawarte w niej wnioski nie mają wiele wspólnego z tradycyjnie pojętą religią i moralnością chrześcijańską, a chwilami są wręcz jej przeciwieństwem. Nawet jeśli dość często pojawiają się w niej odniesienia do Boga czy Chrystusa, włącznie z cytatami z Pisma Świętego.




    Stamataes jest zresztą bardzo płodnym autorem. Napisał całą masę książek z dziedziny pop-psychologii, w których tytułach co rusz pojawiają się słowa „toksyczne” lub „pozytywne”. Co przypomina mi bardziej prace Josepha Murphy’ego czy Dale’a Carnegiego odnośnie „pozytywnego myślenia”, już dawno uznane za dość szkodliwe, niż wysokiej jakości opracowanie na temat religii. Swego czasu zapoznałam się także z publikacjami amerykańskich psycholożek takich jak Susan Forward czy Pia Mellody, w których tytułach często pojawia się słowo „toksyczne”, lecz są to książki na zdecydowanie wyższym poziomie, ukazujące raczej pewne zjawiska psychologiczne na przykładach konkretnych osób, zamiast dostarczania kompletnych recept na życie, mało realnych do natychmiastowego wprowadzenia.

    W „Toksycznej duchowości” autor dość hojnie szafuje trybem rozkazującym, a więc czytelnik dostaje gotowe instrukcje, jak zamienić swoje dotychczasowe życie na nowe, idealnie, a przynajmniej dużo lepsze. Zapominając przy tym, że nie wystarczy zacząć inaczej myśleć czy nawet bez przygotowania inaczej postępować, by osiągnąć znaczące rezultaty. Często nie pozwalają na to ograniczenia wewnętrzne czy zewnętrzne, takie jak aktualny stan psychiki, poziom umiejętności, wiedzy i motywacji, zdrowie fizyczne, płeć, etap życia, na którym się obecnie znajdujemy, poziom zasobów materialnych, jakim dysponujemy, środowisko, w którym dorośliśmy lub w którym obecnie żyjemy, czy ludzie obok, nie pozwalający nam na zmiany, a nawet reagujący na nie agresją i przemocą. Niezbędna jest wtedy wieloletnia terapia, a czasami radykalna zmiana stylu życia czy otoczenia, by uleczenie mogło się dokonać. Nie wystarczy zacząć „prawidłowo” myśleć czy inaczej się zachowywać w świecie, który szybko sprowadzi nas do poprzedniego poziomu.

    Oczywiście książka ma swoje zalety. Stamataes opisał w niej wiele zjawisk psychologicznych, takich jak chociażby narcyzm czy lęki, niestety język jest nadmiernie uproszczony. Pewnie części czytelników jak najbardziej to odpowiada, jednak mnie zdarzało się już czytać publikacje na wyższym merytorycznym poziomie i nie mam trudności z ich zrozumieniem. Autor podaje też sporo ciekawostek, a na niemal każdej stronie pojawia się cytat autorstwa znanej osoby.

    Podsumowując, nie mogę polecić tej książki ani jako publikacji psychologicznej, ani jako rzetelnej i bezstronnej krytyki religii. Moja wypowiedź nie jest też wzięciem w obronę tradycyjnego myślenia chrześcijańskiego, ale raczej potrzebą zwrócenia się w stronę publikacji z wyższej intelektualnej półki. Być może autorzy tacy jak Artur Nowak czy Stanisław Obirek sprostaliby temu zadaniu. Praca Argentyńczyka jest niestety zbyt naiwna, promująca zbyt optymistyczne i uproszczone widzenie rzeczywistości, wyrażająca nadmierną ufność w możliwości jednostki, w oderwaniu od systemu, w którym ta jednostka żyje. Jego porady są być może dobre dla osób o zdrowej, silnej psychice, a także wysokim intelekcie oraz inteligencji emocjonalnej, lecz nawet wtedy zmiana wymaga czasu – czasami lat, czasami nawet dekad – oraz pogodzenia się z wieloma upadkami, podnoszeniem się i ponownymi próbami. W przypadku osób z zaburzeniami osobowości, chorobami psychicznymi czy po prostu nadmiernie złamanych przez życie, lub ze słabą wolą czy niskim IQ, są jedynie dawaniem fałszywej nadziei, o ile jej przekaz zostanie w ogóle zrozumiany przez tego typu czytelników.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz